Wystrzał brytyjskiej Aurory i fenomen Trumpa. 4

106849254_large_zimniy1

Mała dygresja bankowa

Banki w zinstytucjonalizowanej formie pojawiły się jeszcze w średniowiecznych Włoszech, ale dopiero z rewolucją przemysłową przełomu XVIII i XIX wieku wiąże się ich niesamowity rozwój. Skok technologiczny i gwałtowny rozwój przemysłu wymagał odpowiedniego wsparcia finansowego. Zadanie banków polegało na gromadzeniu oszczędności klientów mających nadwyżkę pieniędzy i skierowaniu ich w postaci pożyczek i kredytów do tworzących fabryki inwestorów.

Ludzie lokowali pieniądze w bankach, banki udzielały pożyczek kapitalistom, przekształcając zgromadzone pieniądze w kapitał, kapitaliści inwestowali pieniądze w przemysł, przemysł zapewniał ludziom miejsca pracy, źródła dochodu, produkty przemysłu, przedmioty dobrobytu. Lokujący swoje pieniądze w bankach dostawali za to wynagrodzenie – procent, kapitaliści uzyskiwali wartość dodaną, zaś banki przyswajały część tej wartości dodanej i dzieliły się nią ze swoimi deponentami.

Schemat sprawdzał się całkiem dobrze. Jednak, jak to każdy schemat, system bankowy miał swoje ryzyka i możliwości do nadużycia. Najpierw z tym walczono „etyką bankierów” i groźbą jamy więziennej, a niekiedy i szubienicą czy odcinaniem różnych kończyn z głową włącznie. Później do tego doszły regulatorzy, czyli struktury tworzące zasady, ograniczające możliwości krętactwa i ryzykownych operacji. Regulatorzy sprawdzały, jak banki przestrzegają tych zasad i w razie nadużyć banki były karane.

Później do tej regulacji aktywnie włączyło się państwo broniąc interesów deponentów i gwarantując bezpieczeństwo ich depozytów. Innymi słowy, państwo zobowiązało się do kontroli nad bankami, gwarantując jednocześnie, że jeśli mimo tej kontroli banki zainwestują pieniądze zbyt ryzykownie i je stracą, to ci, którzy powierzyli pieniądze bankom i państwu jako kontrolerowi, dostaną swoje pieniądze z powrotem. Taki oto ładny schemat.

Jednak z biegiem czasu schemat ten zaczął trzaskać i zawodzić, czego główną przyczyną stała się globalizacja i rozwój korporacji transnarodowych.

Pojawienie się korporacji transnarodowych, rozwój procesów globalizacji doprowadziły do tego, że realny przemysł nie potrzebował już banków i struktur inwestycyjnych. Od lat 1970-80. duże korporacje przestały mieć potrzebę w kredytach. Jak już pisałem, miały one takie cashflow, które zapewniało wszystkie ich zapotrzebowania na środki pieniężne. Więc banki musiały już wtedy obniżyć stopy procentowe dla dużych korporacji do 1% rocznie. Oby tylko brały pieniądze. Oby tylko pieniądze banków miały jakikolwiek popyt w sektorze realnym.

Korporacje pożyczały pieniądze od banków na 1% rocznie, ponieważ inwestując we własny rozwój, w tym w przyjmowanie regionalnych firm-konkurentów, korporacje transnarodowe miały zyski do 40% rocznie na zainwestowany dolar.

Przed bankami powstało więc pytanie: jak zarobić pieniądze by płacić deponentom (wówczas odsetki od depozytów wynosiły 4-5%) i zarabiać samym?

Mając gwarancje państwa, bankierzy w pogoni za zyskiem zaczęli uciekać się do coraz bardziej ryzykownych operacji. Mnożyły się inwestycje, które nie miały dużych szans na zwrot, przy czym nie tylko z zyskiem, ale i na zwrot całej kwoty. A niekiedy i na zwrot nawet części pieniędzy. Ale tu w grę wchodziły regulatorzy, które niczym wilki pożerały chorych jeleni i trzymały stado bankierów w formie nie pozwalając im tyć.

Banki znalazły się w impasie. Na horyzoncie zamigotał krach systemu.

Szansa na ratunek systemu bankowego pojawiła się w postaci komputerów i nowych technologii informacyjnych, tj. zbawienie przyszło wraz z nadejściem pierwszych fal tej rewolucji technicznej, którą obecnie przeżywamy.

Nowy rozdział historii bankowości związany jest z postacią Josepha Cassano, który zrozumiał, że nowe technologie dają bankierom unikalne możliwości, wśród których główne są dwie: pozbycie się regulatorów i zarabianie na kiepskich inwestycjach.

joe-cassano-aig

Joe Cassano. Tłumaczy się przed komisją badającą przyczyny kryzysu finansowego

Joe, jak go pieszczotliwie nazywali finansiści, zaproponował bankom i ubezpieczycielom zawarcie kontraktów na ubezpieczenie ryzykownych operacji i długów. Innymi słowy, on zaproponował aby wszelkie inwestycje łączyć w poszczególne „pakiety”, umieszczać w specjalnych vehicles, czyli w takich niby „wehikułach” i wysyłać do rynku na sprzedaż, ale nie do zwykłego rynku, tylko do rynku nowego – wirtualnego, kontrolowanego i tworzonego przez technologie komputerowe, chronionego (przynajmniej czasowo) przed nienawistnymi regulatorami.

Ponadto Joe zaproponował system klasyfikacji takich pakietów: od najbardziej do najmniej bezpiecznych. Żadnego oszustwa. Jeśli bank ma pakiety inwestycji, w tym bardzo bezpieczny, mniej bezpieczny i bardzo niebezpieczny, to według schematu Joe bank może wszystkie te pakiety włożyć do wehikułu, nakleić na niego etykietę odzwierciedlającą poziom bezpieczeństwa pakietu, po czym wysłać go w świat wolnego rynku dla sprzedaży, nabycia, handlu i spekulacji.

Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Świat giełd i spekulacji od dawna czekał na coś takiego. Te pakiety zaczęły się sprzedawać tak samo jak złoto, ropa, ziarno, metale, akcje znanych producentów, a nawet z jeszcze większym powodzeniem, bo były to spekulacje, ryzyka, a to przecież na ryzyku można zarobić najwięcej. Nowe technologie umożliwiły na tyle szybki rozwój rynku ryzykownych spekulacji, że regulatorzy po prostu nie nadążały za nim. Rynek ich wyprzedzał i dawał spekulantom wolną rękę.

Można było rozkręcać operacje nie troszcząc się o konsekwencje. Na przykład wszyscy rzucili się kupować nieruchomości w Hiszpanii. Trzeba więc szybko budować w Hiszpanii domy o nic się nie troszcząc.  Najpierw te domy są budowane i sprzedawane. Później one się budują, ale gorzej jest ze sprzedażą. Jeszcze później one wciąż się budują, ale nikt je nie kupuje. Aż w końcu tych niesprzedanych domów zebrało się w Hiszpanii 3 miliony, ale nikt się nie martwi. Joe o wszystko zadbał.

sesena-644x362-1

Sesena – miasteczko widmo w 40 kilometrach od Madrytu

Bardzo niebezpieczne pakiety sprzedawano tanio, ale później odsprzedawano między innymi tym, kto nie specjalnie wiedział co kupuje, albo wiedział, ale też miał pomysł, jak i komu sprzedać je dalej tworząc historię w mediach czy w jakikolwiek inny sposób zapewniając sprzedaż. Odsprzedawano pakiety o każdym poziomie bezpieczeństwa, ich ceny rosły i spadały i znowu rosły, przy czym ceny te coraz bardziej odbiegały od ceny rzeczywistej.

Cena rzeczywista stawała się igłą w stogu siana nawalonego przez rynek spekulacji. Gdzie ona jest, ta rzeczywista cena? Jaka ona jest? Nikt już nie wiedział. Świat przeszedł do fazy imitacji, do światu gier komputerowych, światu sztucznej inteligencji. Inteligencja spekulantów już mało czym się różniła od sztucznej, od inteligencji komputera. Żadnej moralności, tylko zimna kalkulacja.

A co na to regulatorzy? One najzwyczajniej w świecie nie nadążały. Gdy tylko znajdowano sposób na odsianie części stogu, ten stóg wielokrotnie narastał z drugich stron. Gromadziło się coraz więcej pakietów i wehikułów, kontraktów na ubezpieczenie ryzyka, rozmaitych swapów. Do gry wchodziło coraz więcej graczy i spekulantów.

Rozwój komputerów i technologii informacyjnych dawał bankom, spółkom inwestycyjnym, ubezpieczeniowym i finansowym możliwość kontynuacji i coraz większej komplikacji swoich gier. Po pojawieniu się nowych zasad ograniczających działalność banków i funduszy inwestycyjnych, ich jajogłowi pracownicy z mózgiem kalkulatora potrzebowali średnio jednego tygodnia by wypracować nowe schematy roboty, które wychodziły spod kontroli regulatorów.

Ten system przyniósł sektorowi bankowemu ogromne zyski. Wynagrodzenia w sferze finansów rosły wyprzedzając o kilka głów wszystkie inne sektory. Sam Joe, który przekształcił brytyjską filię AIG, na której czele stał, w przodowy oddział od tworzenia pakietów, wehikułów i ubezpieczaniu niewspółmiernego ryzyka, zarobił w ciągu dziesięciu lat tylko w postaci pensji i premii, zupełnie legalnie, nie łamiąc żadnych reguł ani ustaw, 280 milionów dolarów. Jego spółka „postawiła na narty” wiele gwiazd współczesnych finansów i nawet polityki (choćby Nigela Farage’a, założyciela UKIP i głównego bohatera kompanii o wyjście Brytanii z UE).

A potem wszystko runęło. Stało się to z czego wszyscy zdawali sobie sprawę, ale w co nikt nie chciał wierzyć: stworzony przez Joe schemat doprowadził do swojego naturalnego i nieuniknionego finału – kryzysu lat 2008-2009 i bankructwu filarów światu finansów.

AIG traciła 7750 dolarów na sekundę, straciła 67 miliardów dolarów, a po to by ją uratować podatnicy musieli wyłożyć 180 miliardów. I to tylko AIG. Padł cały rynek, cały system bankowy.

Świat przeżył. Państwa uratowały banki kosztem podatników, zwiększając zadłużenie i spychając go na barki przyszłych pokoleń. Regulowanie stało się jeszcze bardziej restrykcyjne, świat zrobił się ostrożniejszy… na czas. Na niedługi czas. Banki musiały szukać nowych schematów inwestowania. Nowych schematów zarabiania pieniędzy.

W realnym sektorze gospodarki, tam, gdzie produkowano realny produkt, który posiada realną wartość i który jest potrzebny ludziom, już nie było miejsca dla ogromnych dochodów banków. One musiały zachować i rozwinąć nierealny sektor, który stworzył dla nich Joe Cassano. Jednak po kryzysie lat 2008-2009 jego sposób się skompromitował. Trzeba zatem było szukać innych sposobów.

Następny etap rozwoju systemu bankowego związany jest z imieniem Renauda Laplanche’a, który pewnego razu zwrócił uwagę, że oprocentowanie jego karty kredytowej wynosi 18% rocznie, tymczasem za swój depozyt w tym samym banku on dostaje jedynie 1,5%. Laplanche wpadł na pomysł, że korzystając ze współczesnych technologii można połączyć tych, którzy są gotowi dać pieniądze z tymi, którzy chcą je pozyskać by inwestować, w ten sposób wykluczając ze schematu pośredników (banki). Pozwoli to płacić większy procent tym, którzy udostępniają swoje pieniądze i obniżyć oprocentowanie dla pożyczkobiorców.

bn-ny605_prolen_gr_20160510103811

Monsieur Laplanche opowiada na czym polega jego wynalazek

Laplanche założył firmę Lending Club, która zyskała ogromną popularność i zrodziła wielu naśladowców. Zyskał on ogromny autorytet wśród finansistów za sprawą swojego pomysłu bezpośredniego kontaktu pomiędzy inwestorami a konsumentami inwestycji. Laplanche wykorzystał tę samą rewolucję technologiczną, ale tym razem nie w interesie pośredników, nie nakręcając kopy „siana”, a uproszczając schematy i czyniąc je transparentnymi.

Jednak ten schemat też wymagał swoistego pośrednika, tego, kto tworzy algorytm, zapewnia kontakt między inwestorem a pożyczkodawcą.

I tu się okazało, że algorytm ten też można „pakować” i sprzedawać robiąc na tym ogromne pieniądze. Te pieniądze, które są tak potrzebne bankom, firmom finansowym i ubezpieczycielom. Spekulacyjne pieniądze i zaproponowane przez system bankowy „marchewki” przeważyły nad moralnymi zasadami i zdrowym rozsądkiem Laplanche’a: wszystko znowu się sprowadziło do pakietów, rozkręcania rynku spekulacyjnego itd. Wszystko wróciło na stare tory i zmierza do tego samego finału. Z doświadczenia wynika, że kolejny kryzys to tylko kwestia czasu.

Nawiasem mówiąc, 16 maja 2016 roku Renaud Laplanche w związku z aferą musiał opuścić stanowisko CEO i odejść z firmy, którą sam założył.

Niestety istniejący wbrew zdrowemu rozsądkowi przestarzały system bankowy jest przyplątany z obecnym systemem politycznym i chroniony przez mainstreamowych polityków, którzy przyzwyczaili się żyć i pracować w świecie imitacji i iluzji.

Ten kraj, który zacznie zmieniać system odcinając od realnego sektora gospodarki spekulacyjny rynek niewspółmiernego ryzyka zyska ogromną przewagę, ponieważ zwiększy zaufanie do własnej gospodarki, co w sposób naturalny zwiększy wartość aktywów. Ale żeby tak się stało trzeba „zabić smoka”.

Bardzo niewiele krajów jest zdolnych na taki krok. USA, gdzie istnieje ogromny sektor gospodarki nie potrzebujący usług przestarzałego systemu finansowego, są jednym z tych niewielu, którzy potrafią tego smoka zabić.

To jest istota krytyki, z którą Trump występuje pod adresem Wall Street. W tym tkwi przyczyna aktywnego oporu bankierów-spekulantów i ich poparcia dla Clinton, która na ten temat nic nie mówi, a zatem raczej nie szykuje żadnych reform systemu bankowego.

Zachowanie i próby uratowania i przystosowania systemu kosztem obecnego i przyszłych pokoleń, albo gwałtowne odcięcie rynku imitatorów i spekulantów – to jest ten wybór, który się rozstrzyga w amerykańskim wyścigu przedwyborczym.

Podziel się: