Wystrzał brytyjskiej Aurory i fenomen Trumpa. 2

2014_spb_avrora_5

W polityce międzynarodowej powstał fenomen „psiego ogona”, który, jak się okazuje, potrafi niekiedy zamerdać samym „psem”. Co było głównym czynnikiem zmuszającym USA do interwencji w Iraku? Ataki terrorystyczne w Nowym Jorku? Walka z międzynarodowym terroryzmem, likwidacja broni masowego rażenia i ustanowienie demokracji? Owszem, to były oficjalnie podawane cele, tyle że Al-Kaida nie miała korzeni w Iraku, co więcej w czasie pierwszej wojny w Zatoce była członkiem koalicji antyhusajnowskiej. Żadnej BMR w Iraku, jak pamiętamy, nie znaleziono, o czym informowały międzynarodowe komisje jeszcze przed rozpoczęciem samej interwencji. Sukcesy demokratyzacji również wyglądają jak dotąd bardzo wątpliwie.

Dlaczego więc wybór padł na saddamowski Irak? Powodów było oczywiście kilka, spośród których chciałbym wyróżnić trzy: 1) interes powiązanych z republikanami korporacji transnarodowych (KTN-ów) z sektora energetycznego w zajęciu irackiej ropy i innych surowców; 2) utrzymanie monopolu dolara na rynku paliwowym, gdyż Irak kilka miesięcy przed atakiem zaczął rozliczać swoje kontrakty paliwowe w euro; 3) dążenie irackiego emigracyjnego środowiska w USA, które wywierało spory wpływ na KTN-y, służby specjalne, polityków, a poprzez nich na amerykański rząd, do obalenia Husajna, likwidacji jego reżymu i podporządkowaniu Iraku swoim interesom. Owi skupieni w USA i Zachodniej Europie iraccy imigranci (przeważnie Kurdowie i szyici)mieli ogromne wpływy w bliskowschodnich strukturach korporacji transnarodowych i w służbach specjalnych, gdzie pełnili rolę źródła informacji i narzędzia wpływu. Właśnie ci panowie odegrali rolę ogona, który wkręcił USA i Wielką Brytanię w odmęty kryzysu irackiego.

Co stało się powodem zbombardowania Libii i obalenia Kaddafiego? Interesy tych samych korporacji transnarodowych i ich arabskiego lobby, przy czym korporacji nie tylko amerykańskich, ale również brytyjskich i przede wszystkim francuskich.

A co było głównym powodem, głównym czynnikiem spychającym Syrię ku przepaści wojny domowej? Interesy tych samych ugrupowań arabskich, przede wszystkim mieszkających w USA Syryjczyków i Saudyjczyków, którzy widzieli w Baszarze Asadzie wroga i przeciwnika, a także katarskich grup biznesowych, które usiłowały przejąć kontrolę nad terytorium Syrii w celu stworzenia bezpośredniego korytarza dostaw gazu do Europy.

Faktycznie USA, Wielka Brytania i kilka innych największych zachodnich demokracji, ich służby specjalne i machiny wojenne przekształciły się w maczugę w rękach rozmaitych zagranicznych ugrupowań i rywalizujących elit.

Globalizacja często jest przedstawiana jako proces podporządkowania gospodarki światowej największym korporacjom, klanom politycznym i oddzielnym najmocniejszym krajom i blokom (USA, Unia Europejska, Wielka Brytania, Chiny). Jednak proces globalizacji jest o wiele bardziej złożony i często ci „gracze” okazują się narzędziem w rękach rozmaitych ugrupowań i krajów, których nikt nie bierze na poważnie. Na razie…

Jeśli przeanalizujemy przyczyny większości chybionych decyzji amerykańskiej polityki zewnętrznej na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, to zobaczymy, że wszystkie te decyzje podejmowane były pod wpływem grup zewnętrznych, które wykorzystywały USA w swoim interesie, przedstawiając poprzez media i lobby polityczne swoje interesy jako interesy amerykańskiego biznesu, a nawet narodu. W rzeczywistości większość tych decyzji podejmowana była wbrew amerykańskiej racji stanu, wbrew interesom narodu amerykańskiego, a niekiedy nawet wbrew interesom samych amerykańskich KTN-ów, amerykańskiego biznesu.

To samo miało miejsce w Londynie. Pod wpływem często nawet nie brytyjskich interesów i grup Tony Blair wpakował się do Iraku, strasząc Brytyjczyków i cały świat dreszczowcami o irackiej broni masowego rażenia, z czego teraz Blair musi się rozliczać. Opublikowane w lipcu rezultaty komisji Johna Chilcota dobitnie pokazują, że brytyjskie i amerykańskie służby nie dysponowały danymi o posiadaniu przez Irak broni masowego rażenia. Źródłem informacji potwierdzającej obecność BMR były doniesienia agentów i źródeł politycznych spośród Irakijczyków mieszkających w USA i Wielkiej Brytanii i rzekomo posiadających obszerną sieć informatorów w Iraku.

jan-6-2017-chilcot-iraq-inquiry

Przywołuje mi to na myśl scenę ze świetnej komedii „Kaukaska branka” w reżyserii „radzieckiego Barei” Leonida Gajdaja, w której psychiatra stwierdza u głównego bohatera Szurika alkoholizm.

– Biała gorączka, – zawyrokował psychiatra, zbadawszy Szurika.

– Tak, tak! Biały, biały, a jaki gorący! – potwierdził z mocnym kaukaskim akcentem towarzysz Saachow starający się wsadzić Szurika do psychiatryka.

Dokładnie w ten sam sposób znaleziono dowody obecności BMR w Iraku.  Mają panowie dowody obecności broni masowego rażenia?

– Tak, tak! Broni cała masa! Wszystkich razi! – radośnie oznajmili iraccy „towarzysze Saachowowie” licząc, że Saddama Husajna Amerykanie z Brytyjczykami „ukatrupią”, a dalej wszystko pójdzie po ich myśli.

A teraz komisja Johna Chilcota oskarża Blaira o to, że rozpoczął wojnę, nie mając „wiarygodnych i obiektywnych” danych o posiadaniu przez Irak broni masowego rażenia, że nie chciał sprawdzać informacji, które były dostarczane brytyjskim i amerykańskim służbom przez agentów Irakijczyków spośród politycznych przeciwników Saddama.

back-gw

A przy okazji, skoro już mowa była o filmach, polecam Państwu klimatyczny i inteligentny noirowy thriller polityczny (wyjątkowo rzadki gatunek) Romana Polańskiego „The Ghost Writer”, którego motywem przewodnim są właśnie te wydarzenia.

A my tymczasem wróćmy do amerykańskich wyborów.

Pozycja Clinton jest absolutnie klarowna: ona chce modernizacji i uratowania istniejącego systemu politycznego. Uratować chce siebie i swój klan, który w przypadku zwycięstwa Trumpa będzie musiał opuścić polityczny Olimp. Podobny los czeka też inne klany, które nie dogadają się z Trumpem i nie wpiszą się w jego schemat pracy i zarządzania. Trump wie, co się robi z nieudolną konkurencją.

Trump zaś chce nie tylko usunąć z politycznego Olimpu amerykańskiego i światowego klany, które teraz kierują systemem politycznym, on chce usunięcia całej klasy politycznej, którą uważa za nieefektywną, skorumpowaną, o przestarzałych poglądach i podejściach, nierozumiejącą kraju i świata.

Natomiast pani Clinton chce uratować tę klasę polityczną, która wykształciła się w procesie rozwoju amerykańskiego systemu władzy i dać jej możliwość samodoskonalenia się. Jej podejście jest jak najbardziej rozsądne i logiczne i ma prawo bytu, ponieważ ewolucja w większości sytuacji jest nie tylko pożądana, ale i najbardziej naturalna i bezpieczna. Lecz są okoliczności, w których potrzeba gwałtownej zmiany paradygmatu władzy, jej struktur. Próby ratowania istniejącego systemu mogą doprowadzić do szybkiej utraty przez USA czołowej pozycji, nieprzemyślanych i gorączkowych prób zachowania obecnej struktury zarządzania stosunkami międzynarodowymi, w tym także drogą wojskowych interwencji i konfliktów. W takiej sytuacji gwałtowna wewnętrzna reforma systemu władzy w USA może być rozwiązaniem rozsądniejszym i mniej ryzykownym. I co istotne, bezpieczniejszym dla świata.

Słowa Trumpa o tym, że polityka Waszyngtonu na przestrzeni ostatnich 25 lat składała się z łańcuszka błędów lub działań, które wyrządziły więcej szkód niż korzyści dla USA i świata, wywołują irytację, gniew, ale mało dyskusji. Wszyscy są zgodni co do tego, że świat stał się bardziej skomplikowany, niebezpieczny i w dużej mierze nieprzewidywalny. Różnica zdań polega na określeniu przyczyn: czy to błędy w polityce Waszyngtonu, Brukseli i innych centrów władzy na świecie, czy procesy poza ich kontrolą, niezależne od woli prezydentów i sekretarzy stanu USA, premierów Wielkiej Brytanii czy kanclerzy Niemiec.

Trump uważa, że błędów dopuścili się: Bush junior, Barack Obama z Hillary Clinton, ich ekipy. On uważa, że Waszyngton powinien zostać wyczyszczony, polityką mają kierować nowi ludzie, patrzący na świat inaczej, konkretnie, realistycznie, bez łańcuchów ideologicznych, tacy, którzy będą działać po nowemu, rozwiązywać problemy inaczej. Przeciwnicy zarzucają Trumpowi i jego ekipie niekompetencję, brak doświadczenia, arogancję i populizm. Ale oni nie są w stanie dyskutować z nim rzeczowo, ponieważ problemy rzeczywiście istnieją i są widoczne dla wielu, zaś dyskusja przechodzi z płaszczyzny „Jak rozwiązać problemy?” i „Co robić?” na płaszczyznę „Kto będzie rozwiązywał problemy gorzej: Clinton czy Trump?”

Stara polityka, stary system polityczny w USA i stojący za nim ludzie się zestarzały i w pewnym sensie zaczęły stanowić zagrożenie dla świata, gdyż to właśnie od funkcjonowania amerykańskiej polityki zależą losy innych krajów. USA nie są w stanie podołać swoim funkcjom, nie rozumieją przyczyn powstawania stojących przed nimi problemów, nie widzą nowych dróg ich rozwiązania, usiłują nadal załatwiać problemy metodami i w duchu połowy XX wieku.

Trump oraz ci, którzy podzielają jego poglądy, bądź ci, którzy zajmują podobne stanowisko w Europie, nie mogą zagwarantować, że znajdą nowe efektywne drogi, znajdą wyjścia z sytuacji kryzysowych i konfliktów, ale mają swoje koncepcje i swoją wizję. Oni są przekonani, że uda im się zmienić świat i rozwiązać większość problemów.

W tym konflikcie, w sprzecznościach i zderzeniach podejść znajduje swój wyraz główny polityczny problem współczesnego świata.

Spójrzmy zatem na główne elementy tej sprzeczności: zmiany w społeczeństwie i gospodarce, które wymagają niezwłocznych reform, natychmiastowych modyfikacji systemu politycznego USA i głównych mocarstw światowych. Sprzeczności te są efektem serii transformacji, które zachodzą w tej chwili w świecie.

Transformacja 1. Od płaszczyznowego współdziałania do świata sieciowego

Państwowe i międzypaństwowe struktury, które obecnie sprawują kontrolę nad światem, powstały i rozwijały się początkowo w epoce społeczeństwa industrialnego. Były to pionowe struktury do zarządzania procesami i masami ludzkimi. Ludzie, narody, klasy dzielono według zawodów, branż, rodzajów działalności, którymi zarządzały specjalnie w tym celu stworzone struktury pionowe.

W społeczeństwie postindustrialnym, w epoce globalizacji pionowy system współdziałania i zarządzania przekształcił się w przestrzenny, wielowektorowy, rozwijając się w różnych kierunkach. Obok systemu pionowego (podział według branż i zawodów) pojawił się poziomy (podległość terytorialna, rozwój działów regionalnych). Później aktywnie zaczęły się rozwijać struktury działające na stykach różnych branż i rodzajów działalności. Dynamikę rozwoju zaczęły wyznaczać edukacja, nauka i twórczość.

Dzisiejszy świat staje się światem sieciowym. On wciąż zachowuje swoje pionowe i poziome struktury, doskonali je, ale szybko rozwija się także w nieokreślonych, chaotycznych na pierwszy rzut oka kierunkach.

Można to zobaczyć na przykładzie zwykłych ludzi, którzy są coraz mniej związani zawodowo. Kiedyś było tak, że o większości zainteresowań i więzi decydowały rodzina, studia, miejsce zamieszkania i praca. Te więzi decydowały o życiu, kształtowały towarzystwo do odpoczynku, spotkań, dyskusji i rozrywki. Teraz ludzie są związani przede wszystkim poprzez zainteresowania, a możliwości znalezienia partnerów, nowych znajomych i kolegów, oraz nieograniczonych kontaktów z nimi wzrosły wielokrotnie za sprawą telefonów komórkowych, Internetu, Facebooka, WhatsApp, Skype’a i wielu innych środków komunikacji, a także dzięki lądowemu i powietrznemu transportowi.

Teraz pierwsze miejsce w życiu większości ludzi zajmują powstałe wokół Internetu społeczne nieformalne i formalne struktury i organizacje, których państwa nie są w stanie kontrolować.

Państwo staje się drogim, klocowatym, pożerającym dobra i rezerwy, hamującym rozwój potworem, w którym czołowe i myślące elementy prowadzą walkę z przestarzałymi i dotkniętymi przez wszystkie możliwe choroby społeczne elementami.

Jednak klocowatość i nieefektywność struktur państwowych w żaden sposób nie da się porównać z nieefektywnością organizacji ponadnarodowych i międzypaństwowych, takich jak Unia Europejska, ONZ, UNESCO i tak dalej.

Na przykład organizacje międzypaństwowe, które mają w założeniu pomagać biednym i potrzebującym, w tym m.in. uchodźcom, na własne potrzeby administracyjne wydają niekiedy nawet 80% całego ich budżetu. A zatem organizacje te pożerają 8 z 10 dolarów zebranych przez różne państwa i obywateli na pomoc uchodźcom!

Przy czym większa część z tych obgryzionych 2 dolarów trafia do potrzebujących przez dobroczynne organizacje, fundacje i kompanie, które też obrosły ogromnym aparatem administracyjnym wysysającym ostatnie okruchy.

W lipcu w Londynie odbywała się międzynarodowa konferencja nt. kryzysu migracyjnego. Brali w niej udział m.in. przedstawiciele brytyjskich organizacji zajmujących się pomocą uchodźcom, przedstawiciele samych uchodźców, a także różnych organizacji społecznych z krajów, które właśnie te fale uchodźców generują. W czasie konferencji z oburzeniem i zdziwieniem odkryto, że Wielka Brytania przeznacza i wydaje miliard funtów rocznie na wsparcie i pomoc uchodźcom, którzy przebywają w obozach w Syrii, Turcji, Libanie i Jordanii. Na ten szlachetny cel WB wydała już 5 miliardów funtów. Tyle że nikt z uchodźców, ani żadna z miejscowych organizacji nie widzieli ani jednego funta! Nie da się niczego wyjaśnić. Dane są utajnione. Jasne, że część pieniędzy idzie na opozycję demokratyczną czy różnych agentów politycznych. No ale przecież coś musi pozostać dla uchodźców?!

Wraz z przejściem do sieciowej struktury rozwoju i zarządzania społeczeństwem państwo i biznes uzyskały nowe środki tworzenia bogactw i ich nowe formy.  Teraz główne bogactwa wytwarzane są w sieciowych kompaniach i strukturach. Google i Facebook niszczą tradycyjne media. Codziennie możemy przeczytać, że kolejna gazeta zanotowała gwałtowny spadek sprzedaży czy jest na krawędzi bankructwa. Nie ma pieniędzy. Kupuje się coraz mniej gazet. Czyta je tylko starsze pokolenie, częściej nawet nie w domu, a w kawiarni przy porannej kawie, a także intelektualiści i politycy, i to głównie na stronach internetowych i tylko te wydania, w których są ciekawe artykuły analityczne i przedstawiane są pewne polityczne pozycje i opinie. Pieniądze przemieściły się do sieciowych Google, Facebook, gdzie każdy, kto wchodzi do Internetu może przeczytać wiadomości, pogooglować i tak dalej.

Jednocześnie bogactwo Google’a i Facebooka też stało się inne. Firmy te powstawały wokół idei i to właśnie autorzy idei zbili fortunę, lecz technologie z których oni skorzystali i korzystają nie są przez nich opracowane. Technologie te były opracowywane na uczelniach, takich jak MIT, finansowane przez państwa, głównie ze środków budżetu obronnego. Co więcej, to bogactwo, jego zachowanie i pomnożenie zależy nie tyle od pracowników Google’a i Facebooka, co od ludzi, którzy za swój wkład do tego bogactwa nie dostają nic – użytkowników tych systemów. Innymi słowy, to właśnie miliardy użytkowników Google’a, Facebooka codziennie tworzą i pomnażają bogactwo tych kompanii. To oni tworzą produkt – wpisy, informacje, artykuły, blogi, strony i tak dalej – z których składa się bogactwo wyrażone na giełdach w setkach miliardów dolarów. Dlatego Google i Facebook za jakiś, bardzo krótki czas, też się zestarzeją. Przyszłość należy do takich kompanii sieciowych, w których uczestnicy będą bezpośrednimi właścicielami i beneficjentami.

Transformacja 2. Idee rządzą światem

W świecie sieciowym nowe idee, umiejętności wynalezienia i wdrażania nowego, promowania stają się tymi centrami zarządzania wokół których budowane są systemy sieciowe.

W społeczeństwie sieciowym ogromne masy ludzi będą musiały stawać się swoistym „planktonem”, Nie chcę nikogo urazić takim określeniem, ponieważ „plankton” przy materializacji idei ma decydującą rolę. Sztuczna inteligencja i środki komunikacji pozbawiają ludzi możliwości pracy w wielu zawodach. Odchodzą w przeszłość zawody księgowego, kierowcy, dziennikarza czy choćby montera przy taśmie. W tych zawodach pozostaną jedynie ci, którzy będą stali wyżej od sztucznej inteligencji. Zaś większość ludzi przejdzie do sfery usług, gdzie też będzie konkurować z robotami. Ogromne ilości ludzi pozostaną bez pracy, a państwo będzie musiało utrzymywać wszystkich obywateli, bez względu na to, czy oni pracują czy nie.

Proces kształtowania się „planktonu” już się zaczął. Miliony straciło w ciągu ostatnich dziesięciu lat swoją pracę w Europie. Oni muszą podejmować się innej, często z obniżeniem statusu społecznego, poziomu płac. W Brytanii znikli górnicy, pracownicy przemysłu (z wyjątkiem sektora obronnego i niektórych sektorów budowy maszyn), znikają hutnicy. Oni idą do budowlanki czy do serwisu, gdzie konkurują z migrantami. Stąd rozczarowanie, złość, protest.

W społeczeństwie sieciowym taki „plankton” jest niepotrzebny i niebezpieczny, ponieważ stanie się ogromną siłą. Zamiast protestować powinien on tworzyć, zamiast rozczarowania – cieszyć się. W tym celu należy go rozwinąć, wprowadzić na nowy poziom intelektualny, dać mu możliwość robienia tego, co chce i produkowania tego, co chce. Niech to będą małe projekty, małe rzeczy dla wąskiej grupy osób, ale to w takich właśnie sprawach rodzą się wielkie idee, które staną się głównymi elementami struktury nowego społeczeństwa.

Rozumie to choćby pewna część elity brytyjskiej, stąd jej poparcie dla wyjścia Brytanii z Unii Europejskiej. Przejście do powszechnego utrzymania ludności, bez względu na wiek i zatrudnienie, jest możliwe jedynie przy zamkniętych granicach.

Będzie to inne społeczeństwo. I zagrożenia też będą inne. „Planktonowi” należy zapewnić coś, czym on zechce się zajmować. Musi on zajmować się ulubionym zajęciem, tworzyć. Musi mieć rozwinięty mózg i możliwość zająć ten mózg ulubionym zajęciem. Inaczej plankton będzie się degradował: pił, ćpał, oglądał youtuby i zaciągał się do państw islamskich, hrabstw zoroastryjskich etc.

I tu możemy zaobserwować kolosalną różnicę. O ile Hillary Clinton nie ma żadnej idei, ale ma doświadczenie, to Trump przyzwyczajony jest do generowania idei. Cały jego biznes polega na generowaniu idei. Idee legły u podstaw jego skutecznych i znaczących projektów. I to m.in. dlatego on czuje konieczność zmiany rządzącej elity.

System kryminalny, świat przestępczy zyskują coraz bardziej sieciowy charakter. Szczególnie „dobrze” zorganizowany jest system ochrony korupcji i prania kryminalnie zdobytych pieniędzy. Najszybciej rozwijające się radykalne społeczne i polityczne organizacje przechodzą na system sieciowy. Zaś zwalczać je musi państwo zachowujące strukturę uzyskaną w spadku po industrialnej Anglii i działające na zasadach opracowanych na początku XVIII wieku!

Właśnie w Anglii powstawały strukturalne podstawy współczesnego państwa i to właśnie w Anglii w tym roku rozległ się wystrzał brytyjskiej „Aurory” oznajmiający, że nadszedł czas, kiedy stary system trzeba zmieniać. Gdyby referendum w sprawie wyjścia Brytanii z Unii nie było, trzeba by je wymyślić. Referendum zapoczątkował kryzys polityczny nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w całej UE. Właśnie ten kryzys może dać impuls do odnowienia i przyśpieszenia rozwoju nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i Unii Europejskiej. Im wcześniej politycy to zrozumieją, tym prędzej przezwyciężą kryzys i wyzwolą siły zdolne dać nowy impuls rozwojowi społeczno-ekonomicznemu.

W Wielkiej Brytanii tacy politycy są. Na razie oni nie doszli do władzy i nie grają pierwszoplanowej roli, ale to, że się pojawili nie ulega wątpliwości. Wystąpienia pretendentów o stanowisko lidera konserwatystów i premiera pokazały, że wśród nich są ludzie z nową wizją świata.

O ile przemówienie obecnej premier WB Theresy May utrzymane było w duchu: zadanie postawiono, my mu sprostamy, pokonamy trudności, porozumiemy się z Unią, – to przemówienie jej rywala Michaela Gove’a było „innego gatunku”. To było przemówienie człowieka, który rozumie, że Wielka Brytania dostała szansę wyrwania się z pęt nagromadzonych problemów drogą radykalnej zmiany kursu, odnowy całego systemu.

michael_gove

Michael Gove, intelektualista

Kryzys systemu powstaje z powodu sprzeczności wewnętrznych. To właśnie kryzys obnaża te sprzeczności i pozwala je ujrzeć nawet tym, którzy do tego niespecjalnie się palą. Ale najważniejsze – kryzys wymusza rozwiązanie tych sprzeczności i w ten sposób znalezienie drogi wyjścia.

Michaelowi Gove’owi nie udało się wygrać w walce o fotel premiera, ale to, że on i ci ludzie, którzy go wspierali i stali za nim, będą wpływali na nowy rząd i na stosunek społeczeństwa do reform i rokowań z UE, nie budzi wątpliwości.

Wybory prezydenckie w USA to już nie wystrzał, tylko cała kanonada. I tu rytm i kierunek wyznacza Trump. Tyle że Trump to nie Gove. To nie intelektualista. To biznesman i budowniczy. Ale być może to właśnie ktoś taki jest potrzebny Ameryce?

Ciąg dalszy nastąpi

      Alexandre-Desplat-In-The-Woods-OST-The-Ghost-Writer
Podziel się: