Wystrzał brytyjskiej Aurory i fenomen Trumpa. 1

Media i analitycy polityczni od miesięcy kreują dwa obrazy Hillary Clinton: pozytywny i negatywny. Wykreowanych obrazów Trumpa jest znacznie więcej: tu są i pozytywne, i negatywne, i mieszane. Ale żaden z nich nie oddaje istoty zjawisk, fenomenów politycznych, które reprezentują sobą osoby Hillary Clinton i Donalda Trumpa. Wykreowane obrazy bardziej odzwierciedlają stosunek ludzi do ich osobowości i bardzo mało mówią o politycznej i społecznej istocie sił i zjawisk, które reprezentują i uosabiają dwaj amerykańscy kandydaci. 

Wyodrębnić i wydzielić główne cechy charakterystyczne fenomenów „Clinton” i „Trump” warto również dlatego, że te zjawiska – choć w innym uosobieniu – przejawiły się także w Brexicie i przejawiają się w tych siłach, które wprawiają w ruch wahadło kryzysu politycznego Unii Europejskiej.

Analizę fenomenu Trumpa chciałbym zacząć od rozważań nad jego pozycją przedwyborczą, od jego głośnych oświadczeń i tej reakcji, z którą one się spotkały wśród polityków, politologów i różnych grup społeczeństwa amerykańskiego.

Oświadczenie 1. O murze

Jednym z pierwszych głośnych oświadczeń Trumpa była zapowiedź budowy muru granicznego, który w założeniu ma oddzielić USA od Meksyku i położyć kres fali nielegalnych migrantów do USA z południa.

Przeciwnicy Trumpa natychmiast zaczęli oskarżać go o rasizm, szowinizm, nienawiść wobec imigrantów, przede wszystkim Latynosów, a także o pospolitą głupotę (czy to 10, czy 12, czy nawet 25 miliardów dolarów na budowę jakiegoś tam muru) graniczącą z paranoją.

Jednak gdyby abstrahować od ideologii i spojrzeć na sytuację możliwie obiektywnie, okaże się, że nie jest ona taka jednoznaczna.

Po pierwsze, taka decyzja w USA już kiedyś zapadła, co prawda nie została ona zrealizowana i zapomniano o niej. Została podjęta przez Billa Clintona w czasie jego prezydentury. I masowych zarzutów o marazm, nienawiść, rasizm i paranoję ani wtedy, ani teraz decyzja ta nie spowodowała. Co więcej, spotkała się ona z poparciem większości obywateli USA.

usmexborder_183004973

Czyżby to nie był mur?

Po drugie, część muru została już zbudowana: ten mur oddziela dziś Kalifornię od Meksyku. I nikt nie nazywa go „pomnikiem głupoty i paranoi Billa Clintona”.

Obecna reakcja świadczy raczej o tym, że zmieniło się samo społeczeństwo amerykańskie: znaczna jego część zaczęła postrzegać ostre i zdecydowane działania przeciwko nielegalnym migrantom jako coś niepoprawnego, społecznie i politycznie niebezpiecznego i w ogóle nieakceptowalnego. Ta ostra reakcja na słowa Trumpa o murze świadczy też o tym, że kraje generujące fale migrantów mają w USA coraz silniejsze wpływy i są w stanie aktywnie wtrącać się do walki politycznej (o tym będzie mowa niżej).

Należy zaznaczyć, że wywołane tymi słowami protesty i oburzenie w samych Stanach nie były tak mocne jak w Europie, szczególnie w tych krajach, gdzie dyskurs społeczny zdominowany jest przez poprawność polityczną.

Oświadczenie 2. O migrantach z krajów muzułmańskich

Kolejne słowa Trumpa, które wywołały gorące protesty w Stanach i za granicą, to jego zapowiedź zakazu wjazdu muzułmanów do USA, dopóki Waszyngton „się nie ogarnie i nie zrozumie, co się do cholery dzieje”. Następnie Trump nieco złagodził te swoje słowa, ograniczając zakaz: teraz ma on objąć jedynie te kraje islamskie, w których toczy się wojna, które „rozpowszechniają” terroryzm bądź w których działa Państwo Islamskie czy inne terrorystyczne i radykalne organizacje muzułmańskie.

Z tym oświadczeniem też nie wszystko jest takie jednoznaczne i okropne, jak się podaje w mediach.

Po pierwsze, tego typu decyzje podejmowano w USA już nieraz, podejmował je w trybie roboczym Departament Stanu i nigdy nie wywoływały one burz protestu społeczeństwa ani w USA, ani za granicą. Decyzje te zakazywały wjazdu do USA obywatelom tych państw, które z różnych powodów stanowiły dla Ameryki zagrożenie. Wśród takich krajów znajdowały kraje muzułmańskie, jak na przykład Afganistan, czy też kraje z antyamerykańskimi reżymami z okresu zimnej wojny.

Po drugie, ten zakaz nie przywiduje zniesienia wiz na zaproszenia, przede wszystkim państwowe dla tych osób, które USA znają i których potrzebują, czyli mimo zakazu dozwolony będzie wjazd sprawdzonych, przyjaznych USA ludzi.

Po trzecie, o konieczności zaostrzenia i radykalnej zmiany systemu pozwoleń na wjazd i systemu wydawania amerykańskich wiz mówi się już od wielu lat i mówi się coraz głośniej. Przy czym mówią o tym nie zwykli obywatele, tylko ci, którzy się zajmują organizacją wjazdu do kraju, wydawaniem wiz i zielonych kart zawodowo, a więc przede wszystkim pracownicy Departamentu Stanu i ambasad, a także służby specjalne.

Trudno wymyślić bardziej głupi i nieodpowiadający obecnym realiom system niż losowanie zielonej karty w loterii. Często w losowaniu biorą udział ludzie, którzy nie tylko nie są w USA potrzebni, ale też z różnych powodów nie mają możliwości wyjazdu. Biorą udział ot tak, dla towarzystwa, z ciekawości, z głupoty, nie licząc na wygraną. Każdej loterii towarzyszą takie odmowy wykorzystania zielonej karty.

Wszyscy wszystko rozumieją, ale nic nie mogą w tej kwestii zmienić, bo sformułowanie konkretnych kryteriów dla imigrantów jest niepoprawne politycznie i nie ma politycznej decyzji, nie ma woli politycznej. Gdyby taka decyzja zapadła, to zawodowo zajmujący się tą kwestią Amerykanie poparliby ją z radością. Ale zarzuty stawiane Trumpowi sprawiają wrażenie, jakby system wjazdu obcokrajowców do USA działał bez zarzutów i odpowiadał wszystkim poza rasistami.

Oświadczenie 3. O rabunku grupowym i gwałcie na USA przez Chiny, Meksyk etc.

Pozycja Trumpa zasadza się na dwóch głównych zarzutach pod adresem tych krajów, których gospodarki w ciągu ostatnich dwóch – trzech dekad rozpędziły się tak samo jak w latach trzydziestych i czterdziestych rozpędził się ZSRR i które ostatnio zbliżyły się do USA pod względem produkcji w głównych branżach gospodarki, a według parytetu siły nabywczej już je dogoniły i nawet wyprzedziły.

Pierwszy zarzut polega na tym, że rozwój i wzbogacenie tych krajów odbywają się kosztem USA, kosztem amerykańskiej gospodarki i likwidacji miejsc pracy w samej Ameryce. „Chiny wzbogaciły się kosztem Stanów Zjednoczonych, wysysając z kraju miejsca pracy” – to są słowa Trumpa.

Drugi zarzut dotyczy manipulowania własną walutą przez Chiny i kilka innych pańśtw, które przez umyślne zaniżanie wartości swoich walut „niszczą” USA.

Zacznijmy od pierwszego zarzutu. Otóż mówiąc o Meksyku, Trump wypowiedział się krytycznie pod adresem dwóch korporacji: Ford i United Technologies. Uwagi te dotyczyły problemu zamknięcia fabryk w USA i przeniesienia produkcji do Meksyku, gdzie obecnie te kompanie budują kompleksy, w których stosowane będą najnowsze technologie.

Generalnie rzecz biorąc, problem ten nie jest aż taki nowy, ale nigdy nie stawał on tak ostro przed Amerykanami jak dziś. Przed 1990 rokiem wyprowadzenie kapitału i produkcji uzasadniano dążeniem do wyjścia na nowe rynki i czerpania większych zysków na zainwestowany kapitał. Przy czym najbardziej nowoczesne i zaawansowane zakłady produkcyjne powstawały najpierw w USA i dopiero później były eksportowane w razie konieczności i opłacalności. To właśnie w USA rozwijała się główna baza produkcyjna, która podbijała rynki zbytu za granicą. „Made in USA” oznaczało najlepsze spośród tego, co produkowały amerykańskie firmy.

Główną cechą charakterystyczną było to, że najnowsze technologie, które pojawiały się w Ameryce, stosowane były najpierw właśnie w Ameryce, a dopiero później wraz z nasyceniem rynku amerykańskiego wychodziły poza granice USA, rozwijając i nasycając lokalne rynki.

W 1990 roku wszystko się zmieniło. Rozpad ZSRR i obozu socjalistycznego w Europie, upadek państwowego sektora przemysłowego doprowadził do gwałtownego rozwoju amerykańskich (zresztą nie tylko amerykańskich, ale też brytyjskich, zachodnioniemieckich i innych rozwiniętych krajów) korporacji i firm. Przeniesienie produkcji było konieczne, aby zapełnić otwarte na zachodnie firmy rynki.

Część produkcji w byłym ZSRR i Europie Wschodniej bankrutowała, była zamykana i likwidowana z przyczyn wewnętrznych, w tym pod naciskiem nieprofesjonalistów i kryminalistów, którzy doszli do władzy. Część aktywów została wykupiona bądź wchłonięta  przez zachodnioeuropejskie i amerykańskie korporacje, po czym była zamykana i likwidowana, by uwolnić nowe tereny i rynki od miejscowej konkurencji.

544721

Jednak tak gwałtowny charakter rozwoju powodował też pewne problemy. Na przykład pojawił się kłopot z wprowadzeniem w USA najnowocześniejszych produkcji i nowych technologii. Do tego potrzeba było likwidacji istniejących w USA ogromnych mocy produkcyjnych – wciąż uważanych za nowoczesne, a nawet najnowsze – które miały zapewnione na dziesięciolecia wielomiliardowe zamówienia i ogromny rynek. Firmy miały zamknąć moce produkcyjne warte dziesiątki miliardów dolarów i zainwestować kolejne miliardy w ich modernizację. Tworzenie na podstawie istniejących technologii potężnych zakładów na nowych terytoriach uważano za rozwiązanie niepraktyczne: oczywiste było, że po kilku latach zaczną one stanowić konkurencję dla produkcji w USA. W tej sytuacji najrozsądniejszym rozwiązaniem wydawało się pozostawienie w USA starych, sprawdzonych produkcji i otwarcie nowych na nowych terytoriach.

Najpierw takim najbardziej perspektywicznym terytorium wydawała się Rosja.

Jednak rosyjska droga, która miała prowadzić do liberalizacji i demokratyzacji, w rzeczywistości zaprowadziła na dziki step, gdzie rządził kryminał, skorumpowani politycy, byli nomenklaturszczycy, a później specsłużby i nie mniej skorumpowani politycy. Zaczęły się korupcyjne afery i skandale. Prowadzenie interesów z taką Rosją zaczęło się robić niebezpieczne,  ryzykowne było inwestowanie w nią dużego kapitału i najnowszych technologii. Także m.in. z tego względu podjęto decyzję o budowie najnowszych fabryk w Chinach. Co też uczyniono.

Te inwestycje okazały się wyjątkowo efektywne. Korporacje rozwijały się na tyle prędko, miały na tyle duży i ciągle rosnący cashflow, że nie potrzeba im było ani bankowego, ani żadnego innego finansowania zewnętrznego. Wówczas gdy w Europie Wschodniej słabo rozgarnięci finansiści rzucili się tworzyć banki, sądząc, że banki są szczytem rozwoju systemu finansowego, finansiści amerykańscy zrozumieli, że banki jako struktury finansowe się zestarzały i nie są już więcej korporacjom potrzebne. Banki gorączkowo szukały wyjścia z tego impasu. Część z nich rzuciła swoje zasoby na niepohamowane kredytowanie popytu konsumpcyjnego, w tym hipoteki, część znalazła jednak sposoby, jak zainteresować korporacje swoimi pieniędzmi.

Amerykańskie banki zaczęły udzielać kredytów ze stopą 1% rocznie. W tej sytuacji korporacje uzyskały możliwość wykupienia wszystkiego, bez względu na wartość konkurencji. Biorąc kredyty na 1%, korporacje inwestowały we własny rozwój, zarabiając rocznie 40% zysku na zainwestowany dolar zasobów kredytowych. Teraz amerykańskie korporacje wykupowały już nie tylko firmy byłego obozu socjalistycznego na tak zwanych nowych terytoriach, ale i azjatycką, i europejską konkurencję. Wykupiono niemieckie, włoskie, hiszpańskie i inne firmy. Doprowadziło to do „wybuchowego” rozwoju amerykańskich korporacji, do ich niebywałego tempa rozwoju, a zarazem uratowało amerykańskie banki, dało im szansę zrekonstruowania się i pozwoliło im przytyć na tyle, że dopiero kryzys finansowy 1998 roku uprzytomnił bankierów, przypominając im o tym, że są przestarzałą formą wsparcia finansowego.

10-corporations-control-almost-everything-you-buy_5278076859784_w1500

Tymczasem gdy Rosja, Ukraina i inne kraje byłego ZSRR pogrążyły się w korupcji, zachodnie kraje skorzystały z energii, w tym finansowej, zrodzonej przez gwałtowny wzrost korporacji. Na przykład Berlusconi po dojściu do władzy w czasie swojej pierwszej kadencji premiera zwolnił transnarodowe korporacje od podatku z zysku, dopóki im się nie zwrócą zainwestowane środki. Doprowadziło to do sytuacji, w której główne włoskie firmy zostały wykupione po najwyższych cenach albo zwiększyły wartość swoich aktywów, i to właśnie Włochy stały się głównym dostawcą podzespołów, materiałów i usług dla amerykańskich korporacji.

Wówczas takie korporacje pracujące w Rosji dostały restrykcyjny nakaz kierownictwa, by kupować produkcję tylko z fabryk we Włoszech, przy czym po cenach trzy-czterokrotnie wyższych niż średnie rynkowe. Wszystkie filie i kompanie w Rosji należące do struktur światowych korporacji pracowały ze stratą, kupując z własnych fabryk we Włoszech sprzęt po cenie, która kilkakrotnie przewyższała cenę sprzedaży. Stratę rekompensowano kredytami bankowymi. Jednak we Włoszech fabryki miały kolosalne zyski, znacznie przewyższające koszty produkcji. Zysk ten nie podlegał opodatkowaniu, wyprowadzano go z Włoch do centrali albo inwestowano w kupowanie konkurencji i tworzenie nowych produkcji i firm do realizacji produkcji.

Ten rozwój zawierał jednak pewien myk, który stopniowo przyczynił się do powstania poważnego problemu w gospodarce, a później i w polityce USA: w większym stopniu ten niebywały pod względem tempa rozwój miał miejsce w innych krajach, a nie w samych USA. Przede wszystkim eksplozja nastąpiła w Chinach, które z jednej strony, zachowując restrykcyjny reżym władzy, zapewniały stabilność, przestrzeganie prawa, niezbyt efektywną, ale jednak kontrolę nad korupcją, a z drugiej strony kosztem ludzkich i finansowych zasobów (przede wszystkim kredytowych) oraz efektywnego sterowania kursem juana zapewniały gwałtowny wzrost rynku wewnętrznego i eksportu swojej produkcji.

W wyniku tego procesu Chiny zaczęły najpierw doganiać, a potem i przeganiać USA w rozwoju ekonomicznym, stając się ewentualnym, a później i realnym konkurentem USA. A za Chinami podążyły i inne kraje: Indie, Brazylia, Meksyk…

W ten sposób gwałtowny, eksplozywny rozwój amerykańskich korporacji (i wielu innych korporacji transnarodowych i banków) doprowadził do tego, że energia tego rozwoju uzyskana przez korporacje kosztem wchłonięcia rynków byłego obozu socjalistycznego i krajów drugiego świata przeniosła się z USA do krajów rozwijających się, przede wszystkim do Chin.

Ponadto państwo amerykańskie nie uzyskało tego efektu, na jaki liczyło. Po pierwsze, wiele korporacji zarejestrowanych jest w wolnych strefach ekonomicznych i rajach podatkowych, choćby w stanie Delaware, i są w dużej mierze zwolnione z podatków. Po drugie korporacje miały na tyle duży wpływ na Waszyngton, że trzymały państwo na krótkiej smyczy, zmuszając je do zwiększania swoich wydatków nie kosztem dochodów korporacji, ale kosztem kredytów, co z kolei opłacało się systemowi bankowemu.

Ten schemat, który się ukształtował w latach dziewięćdziesiątych, doprowadził do naturalnych i niepożądanych konsekwencji:

– USA, Wielka Brytania i spółka pogrążyły się w długach (dług USA dziś zbliża się do 20 trylionów dolarów, przekraczając w ten sposób amerykański PKB, przy czym Chinom (uwzględniając Makao i Hong Kong)  USA są dłużne 600 miliardów dolarów, zaś dług Wielkiej Brytanii stanowi 3 tryliony dolarów, co też przewyższa jej PKB).

– Chiny i inni konkurenci tzw. Zachodu wykorzystują powstały system do dalszego wysysania energii rozwoju z Zachodu, inwestując we własny rozwój, kształcąc ludność, podnosząc poziom jej życia i edukacji, przestawiając naukę i gospodarkę na nowy poziom rozwoju technologicznego.

– Korporacje transnarodowe przestały być „amerykańskimi”. One się zbliżyły, zrosły ze swoimi zagranicznymi „partnerami”, ich interesy w Chinach, Meksyku, krajach arabskich stały się nie tylko znaczące, ale niekiedy zaczęły przewyższać interesy i aktywa korporacji w samych USA. Faktycznie amerykańskie korporacje transnarodowe stały się agentami wpływu rządów, biznesu, organizacji politycznych i służb specjalnych tych krajów, które stopniowo przekształciły się nie tylko w konkurentów Ameryki na arenie światowej, ale i w jej potencjalnych przeciwników.

Ciąg dalszy nastąpi

      Klaus-Doldinger-Ruckzug
Podziel się: