Rozłam

Przywódca irackich Kurdów Masud Barzani z wizytą w Kirkuku 26 czerwca 2014 roku (foto: waarmedia.com)

Wszystko wskazuje na to, że wojna z Państwem Islamskim skończy się dla regionu katastrofą, przy czym nie wiadomo do końca, co spowoduje mniej negatywnych konsekwencji – likwidacja PI czy mimo wszystko uznanie jego podmiotowości w tej czy innej formie. To ostatnie jest, rzecz jasna, czymś z gatunku fantastyki, ale likwidacja terytorium pod kontrolą Kalifatu już teraz stwarza zasadniczo inną, niż przed wojną, sytuację.

Problem w tym, że główni uczestnicy wojny – Syria i Irak – w jej wyniku kończą swój żywot. Syria – de facto, Irak – w nieco bardziej cywilizowanej formie.

15 września Kurdowie Iraku przeprowadzają referendum niepodległościowe. Mowa już o pełnej niepodległości i proklamacji nowego podmiotu stosunków międzynarodowych. Żadnej autonomii, asocjacji czy innych form symbolicznego udziału w projekcie państwa Irak. Naturalnie, że Turcja, Iran, Irak są stanowczo przeciwni, tak samo jak Syria, tyle że de facto Syria już nie istnieje, więc jej zdanie nikogo nie obchodzi. Przy czym inicjatorowi referendum – Masudowi Barzaniemu – udało się przezwyciężyć kurdyjską tradycję niemożności dogadania się różnych kurdyjskich partii w każdej, nawet najmniejszej kwestii. Referendum popierają wszyscy Kurdowie Iraku, a więc nie ma też żadnych wątpliwości co do jego wyniku.

Kolejna rzecz, z którą muszą liczyć się wszyscy – posiadanie przez Iracki Kurdystan pełnowartościowych sił zbrojnych. Oczywiście, peszmerdze daleko jest do klasycznej industrialnej armii regularnej, ale nie jest to już plemienna partyzantka, ani skupisko rozmaitych ugrupowań i oddziałów o różnym stopniu autonomiczności. Armia Kurdystanu składa się z 12 batalionów liniowych liczących od 3 do 5 tysięcy żołnierzy (co bardziej odpowiada brygadom), oraz całego szeregu jednostek do zadań specjalnych i technicznych. Ogólna liczebność znajdujących się pod bronią szacowana się na 100 tysięcy osób, do tego dochodzi przeszkolona rezerwa mobilizacyjna umożliwiająca powołanie podobnego pod względem wielkości ugrupowania.

Kolejną cechą irackiego Kurdystanu jest zakaz wkraczania na jego terytorium irackiej armii – czyli nawet według konstytucji rząd centralny Bagdadu już teraz nie sprawuje żadnej kontroli nad tą częścią kraju.

Wreszcie, Kurdowie, korzystając z wydarzeń 14 roku, wprowadzili swoje jednostki do Kirkuku, spornego terytorium z rządem bagdadzkim, i całkiem skutecznie go utrzymują – przy czym broniąc go nie tylko i nie tyle przed PI, ale przede wszystkim przed armią Iraku i szyicką milicją.

De facto Kurdystan już ma niepodległość, i Barzani zamierza potwierdzić to na papierze. Jest to bardzo rozsądny i racjonalny człowiek, dlatego już dawno i blisko współpracuje z Turcją i – co najważniejsze – z USA.

Turcja, rzecz jasna, czeka na referendum bez entuzjazmu, ale jest zmuszona kontynuować współpracę z Barzanim, ponieważ jakakolwiek inna alternatywa będzie dla niej katastrofą. Tylko Barzani potrafi powstrzymać radykałów z PKK, choć jest to wyjątkowo trudne zadanie grożące, z kolei, już wewnątrzkurdyjską wojną domową. Dogadując się z Turcją i mając neutralność USA w kwestii przeprowadzenia referendum, Barzani może już nie zwracać uwagi na Bagdad i Teheran. Bagdad pogrzebał swoją armię pod Mosulem i przeciwko peszmerdze nie ma w tej chwili żadnych szans. Nad Iranem zbierają się chmury, więc Teheran nie pójdzie na bezpośrednie starcie z irackimi Kurdami, zwłaszcza że kończy mu się przestrzeń do manewrów – wszystkie jego proxy zaangażowane są w walkę z PI w Iraku i wojną ze wszystkimi w Syrii. Brygady Badr będące w istocie niemal czysto irańską szyicką formacją, wykrwawiają się w Mosulu ponosząc potworne jak na współczesną wojnę straty. Próba dogadania się Badr i Szaabi z PKK już spotkała się z bardzo ostrą reakcją Barzaniego, aż do groźby bezpośredniego uderzenia – on doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożenia, które niesie ze sobą sojusz radykalnych Kurdów i proirańskich proxy.

Można więc zakładać, że o ile Waszyngton nie powie stanowcze „nie”, to referendum zostanie przeprowadzone, a niepodległy iracki Kurdystan stanie się rzeczywistością. Pytanie w takim razie co z Kurdystanem syryjskim (tak zwaną Rożawą). Dwa Kurdystany automatycznie będą oznaczały wojnę między nimi. Dlatego Barzani musi pilnować Rożawy, a najlepiej wziąć ją pod swoją kontrolą. W czym, z kolei, są bardzo zainteresowani Turcy, zaniepokojeni powstaniem na swoim południu radykalnej domeny swoich wrogów.

Z tego punktu widzenia Amerykanie zapędzając Kurdów z PKK i SDF do Rakki, gdzie ci giną dziesiątkami, a niekiedy i setkami dziennie, sprzyjają Barzaniemu i Turcji. Bez względu na rezultat liczba bojowników PKK istotnie się zmniejszy, a jeśli Dżajsz al-Osra się postawi (co się właśnie dzieje), to zwycięstwo nad PI pozbawi PKK jej najważniejszej karty przetargowej – oddziałów zbrojnych, które wykrwawią się pod Rakką i w samym mieście. Tak samo jak wykrwawiła się iracka armia w Faludży, Ramadi, Tikricie i Mosulu. Wtedy pomysł Rożawy zostanie albo porzucony (co jest mało prawdopodobne), albo syryjscy Kurdowie będą musieli zgodzić się na zwierzchnictwo Barzaniego nad sobą. Zwłaszcza, że wojna domowa w Syrii, jak każda wojna domowa, już mało czym się różni od genocydu. To co robią Kurdowie z sunnicką ludnością Rakki, rozlało między sunnitami a Kurdami Syrii rzekę krwi, i teraz są oni śmiertelnymi wrogami na dziesięciolecia. A więc bez pewnego wsparcia zbrojnego syryjskich Kurdów prędzej lub później czeka zagłada. Jeśli PKK straci swoje oddziały pod Rakką (co jest bardzo prawdopodobne) – syryjskim Kurdom nie pozostanie nic innego, jak tylko prosić o pomoc peszmergę.

Siedzący w zasadzce Barzani doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego jest bardzo zainteresowany w tym, by nadal dystansować się od starć, czekając na moment, aż do niego przyjdą i poproszą zając te ogromne terytoria bez walki. Z sunnitami on potrafi się dogadać oddając im znaczną część zdobytych przez PKK terenów (nigdy do Kurdów nienależących) w zamian za pokój.

Powstanie Kurdystanu (choć w nieco uciętym kształcie z syryjskiej i irackiej części) będzie oznaczało kompletne przeformatowanie całego regionu. A biorąc pod uwagę, że czas dobrany został wyjątkowo trafnie, i nikt nie jest w stanie sprzeciwić się jego powstaniu, Kurdowie mogą od razu zacząć prowadzić aktywną politykę regionalną, związaną przede wszystkim z bardzo dobrym położeniem geograficznym, posiadaniem poważnego potencjału zasobowego (pola Kirkuku zawierają prawie 40% całej irackiej ropy) i realnie istniejącymi strukturami i instytucjami państwowymi, w tym bardzo mocnej w skali regionu armii z poważnym potencjałem mobilizacyjnym.

25 września stanie się momentem zwrotnym w historii regionu. Najważniejsza kwestia to kwestia uznania niepodległego Kurdystanu ze strony mocarstw światowych i przede wszystkim USA. Jeśli tak się stanie – wszystkie protesty i sprzeciwy Bagdadu, Teheranu czy kogokolwiek innego staną się zupełnie nieistotne.

Podziel się: