Ekonomia Facebook, Instagram, WhatsApp: zyskują tylko miliarderzy

Właściciele sieci społecznościowych niszczą setki tysięcy miejsc pracy, w miejscu których tworzą dziesiątki czy setki (nawet nie tysiące). Miliony użytkowników na całym świecie są ich bezpłatną siłą roboczą. Co więcej, od sieci społecznościowych w rodzaju Twitter i Facebook po Google – u wszystkich eksploatacja naszej informacji personalnej służy za motor napędowy ekonomii „wielkich danych”. Wszystkie te firmy usiłują zbadać nas jak najgłębiej, by bez naszej zgody sprzedać swoim reklamodawcom. Amerykański geek Andrew Keen opisuje jak sieci społecznościowe eksploatują cały świat.

Andrew Keen – dyrektor wykonawczy FutureCast w Dolinie Krzemowej i obserwator CNN. W swojej nowej książce „The Internet is Not the Answer” wydanej w 2015 roku porównuje on początki internetu, kiedy to przed deweloperami stawiano zupełnie inne cele stworzenia sieci, z dniem dzisiejszym, kiedy „garstka monopolistów podbiła świat pozyskując dane użytkowników z każdego zakątka kuli ziemskiej”.

„Nowa nierówność ekonomiczna odzwierciedla feudalny ustrój Instagram, gdzie Justin Bieber ma świtę z 11 milionów followersów, a sam ignoruje wszystkich. W ten sposób powstaje, według określenia ekonomistów MIT Andrew’a McAfee’ego i Erika Brynjolfssona, „ekonomia gwiazd i supergwiazd”. To właśnie nowy ustrój ekonomiczny jest głównym powodem tego, dlaczego przez ostatnie ćwierćwiecze życie zrobiło się znacznie cięższe dla wielu z nas. A także powodem tego, że internet, albo przynajmniej model biznesowy takich firm internetowych jak Instagram, Google, Twitter, Yelp i Facebook, nie są odpowiednią platformą do budowy sprawiedliwej ekonomii w sieciowym XXI wieku.

„Tu właśnie tkwi pułapka, – ostrzega James Surowiecki odnośnie „ekonomii Instagram” w swoim artykule „Gross Domestic Freebie” opublikowanym w 2013 roku w New Yorker. I to bardzo poważna pułapka. – Ocyfrowanie nie wymaga dużo siły roboczej: można wpaść na pomysł, napisać program i bez większego wysiłku rozpowszechnić go wśród milionów ludzi. Na tym polega zasadnicza różnica w porównaniu do produkcji fizycznej, która wymaga nieporównywalnie większego nakładu pracy dla produkcji i rozpowszechnienia”.

Pułapka sieci społecznościowych

Instagram to doskonały przykład takiej pułapki. Oprogramowanie pochłania nie tylko świat, ale i nasze miejsca pracy. Kiedy Kevin Systrom doznał olśnienia na meksykańskiej plaży, miał on tylko jednego partnera w Burbn – również absolwenta Stanford University Mike’a Kriegera. Wspólnie napisali oni pierwotną wersję aplikacji, a dla jej rozpowszechnienia skorzystali z online sklepu App Store firmy Apple. Nawet w chwili przejęcia Instagram przez Facebook za miliard dolarów w kwietniu 2012 roku w niewielkim biurze firmy w centrum San-Francisco zatrudnionych było jedynie 13 pracowników.

Biuro Instagram

Nie, to nie literówka. W Instagram rzeczywiście pracowało jedynie 13 pracowników, gdy Facebook zapłacił za ten start-up miliard dolarów. Tymczasem w Rochester Kodak zamknął 12 fabryk i 130 fotolaboratoriów zwalniając 47 tysięcy pracowników. Te dziesiątki tysięcy nie są jedynymi ofiarami „ekonomii selfie”. Wraz z nimi poważnie ucierpieli także profesjonalni fotografowie. W okresie 2000-2012 liczba trudniących się fotografią artystyczną i pracujących dla amerykańskich gazet spadła o 47% (z 6171 do 3493 ludzi).

Kto zatem wykonuje całą pracę w tym wartym miliarda dolarów start-upie z 13 pracownikami, przy okazji dostarczając wszystko, co jest niezbędne dla jego działalności?

To my. My wszyscy, 150 mln użytkowników, stanowimy „Natychmiastowy Naród”. Dzieło Kevina Systroma to najbardziej typowa fabryka danych w naszej nowej cyfrowej ekonomii. W przeciwieństwie do byłej fabryki przemysłowej – „wieżowca” w centrum Rochester – fabryki danych XXI wieku są równie wszechobecne jak sielfie, i działają wszędzie, gdzie jest podłączone do sieci urządzenie. To właśnie nasza praca na tych malutkich urządzeniach – ciągły strumień tweetów, wpisów, zapytań w wyszukiwarce, wyświetleń, komentarzy i zdjęć – tworzy całą wartość w ekonomii sieciowej.

Naturalnie, nie tylko Instagramowi udało się zbudować poważny biznes z minimalnym wykorzystaniem siły roboczej. Dokładnie w ten sam sposób działa znajdujący się w San-Francisco start-up WhatsApp oferujący narzędzie do szybkiej wymiany wiadomości, który został kupiony przez Facebook za 19 mld dolarów w lutym 2014 roku. W grudniu 2013 WhatsApp przetwarzał 54 mld wiadomości od swoich 450 mln użytkowników, przy czym nad serwisem pracowało jedynie 55 osób. „WhatsApp uosabia wszystkie wady amerykańskiej gospodarki”, – uważa Robert Reich, minister pracy w administracji Clintona. Serwis ten bowiem praktycznie nie tworzy miejsc pracy i potęguje wady gospodarki, w której zwycięzca zgarnia wszystko na rynku cyfrowym.

Jest to jeden z największych paradoksów naszej, wydawałoby się, technologicznie wzbogaconej epoki cyfrowej. W przeciwieństwie do ekonomii industrialnej dzisiaj jakość technologii jest drugorzędna. Kiedy Facebook i Twitter toczyły wojnę ofert o Instagram, walczyły one nie o tanie gotowe fotofiltry Kevina Systroma czy o program, który ten w parze z Mike’iem Kriegerem stworzył w kilka miesięcy. Płaciły one za nas. Chciały nabyć nas – nasz wysiłek, naszą sieć, naszą prawdopodobną kreatywność. Z tego samego powodu w maju 2013 roku Yahoo przejął sieć mikroblogów Tumblr z jej 300 mln użytkowników i jedynie 178 pracownikami za 1,1 mld dolarów, a Facebook w listopadzie 2013 roku zaproponował 3 mld za aplikację do wymiany zdjęć Snapchat, gdzie wówczas pracowało jedynie 20 osób.

Biuro WhatsApp

Fabryki danych pochłaniają nasz świat tworząc przy okazji wybraną grupę młodych plutokratów, takich jak Evan Spiegel, Kevin Systrom czy 27-letni dyrektor generalny Tumblr David Karp – którzy z pewnością nie wzbogacają resztę z nas. Przecież za cały ten kolosalny wysiłek, który inwestujemy w te firmy – dodając intelektu Google, czy kontent Facebook, czy zdjęcia Snapchat, – nie dostajemy nic. Zupełnie nic, prócz prawa do darmowego korzystania z oprogramowania.

„Tak było nie zawsze, – mówi artykuł na TechCrunch o nowej ekonomii fabryk danych. – Dawniej, by osiągnąć zysk, firmy same pracowały w pocie czoła. Rekrutowały ogromną ilość ludzi do realnej produkcji, by ci szyli ubrania czy montowali samochody. Za swoją pracę ludzie dostawali wynagrodzenie i kupowali za nie realne towary. Lecz technologie zmieniły wszystko”.

Technologie rzeczywiście zmieniły wszystko. Niektórzy twierdzą, że mimo iż te przemiany mogą być katastrofalne dla dawnej klasy robotniczej, za to one zdecydowanie opłacają się użytkownikom, którzy wprawdzie nie dostają za swój wysiłek opłaty, ale dostają możliwość bezpłatnego cieszenia się z takich usług jak nieprzerwany tryb pracy Twitter, recenzje restauracji Yelp, wyszukiwarka Google czy filmiki YouTube. Ponadto, padają twierdzenia, że w dzisiejszej „ekonomii uwagi” serwisy te oferują nam platformy pozwalające być na widoku i kreować siebie, według profesor Fordham University Alice Marwick, na „mikrocelebrytów”, co ma duże znaczenie w dobie mediów społecznościowych.

Instagram jest w środku dzisiejszego doskonałego sztormu technologicznych, społecznych i ekonomicznych przemian. Serwis ów umożliwia takim „uzależnionym” jak James Franco rozpowszechniać swoje zdjęcia w stylu „Cześć, to ja!” wśród 1,5 mln swoich followersów. Jest to doskonałe rozwiązanie dla naszej narcystycznej i  voyeurystycznej epoki – spersonalizowana, przystosowana do użytkownika i łatwa w obsłudze aplikacja, która zachęca nas do kłamania na temat siebie. Lecz, będąc zniekształcającym świat narzędziem, Instagram wpaja nam do tego potworne kłamstwa, kusząc myślą o tym, że to my posiadamy tę technologię. Że niby ona należy do nas.

„Instagram chce nas posiadać”

Jednak problem polega na tym, że my nie posiadamy nic – ani technologii, ani udziału w zyskach, ani, być może, nawet „naszych” miliardów fotografii. Pracujemy bezpłatnie w tej fabryce danych, a Instagram zgarnia nie tylko wszystkie zyski ze swojego biznesu, ale i owoce naszej pracy. W grudniu 2012 roku Instagram wprowadził szereg kontrowersyjnych zmian w warunki korzystania ze swoich usług, Kevin Systrom musiał publicznie dementować oskarżenia o to, że Instagram zamierza sprzedawać zdjęcia użytkowników i ich dane osobom trzecim. Jednak pytanie o to, do kogo w rzeczywistości należy kontent Instagram pozostaje równie zamglone, jaki i jego zdjęcia. W wydanym w 2013 roku raporcie Amerykańskiego Stowarzyszenia Fotografów Prasowych (American Society of Media Photographers, ASMP), podkreślano, że większość użytkowników Instagram „nie zdają sprawy, w jakim stopniu rezygnują z własnych praw autorskich”. Narzucane przez firmę „uciążliwe” warunki korzystania ze zdjęć – informuje raport ASMP – „pozwalają Instagram bezterminowo wykorzystywać materiały foto i wideo, a także dają niemalże nieograniczone prawo zezwalać na wykorzystanie obrazów dowolnej trzeciej stronie”.

Biuro Google w Zurychu

Czy Instagram chce posiadać nasze zdjęcia, czy nie, ale z pewnością chce posiadać nas. W rzeczywistości personalne to ekonomiczne. Miliony inwestorów Doliny Krzemowej pakowano w bezpłatną aplikację Instagram właśnie po to, by zarobić na uzyskiwaniu danych o jego użytkownikach. A model biznesowy Instagram, tak samo jaki i Google, Facebook, Yahoo, Twitter, Snapchat i większości innych skutecznych firm internetowych, oparty jest na reklamie – taka strategia została oficjalnie przyjęta w listopadzie 2013 roku.

W zamian za darmowe korzystanie z aplikacji my poprzez swoje fotografie podajemy Instagram coraz więcej informacji o naszych gustach, działaniach i przyjaciołach. Uważamy, że korzystamy z Instagram by patrzeć na świat, lecz w rzeczywistości to my jesteśmy obiektem obserwacji. Im więcej informacji o sobie udostępniamy, tym większą wartość mamy dla reklamodawców. Na przykład, gdybym wrzucił do Instagram swoje zdjęcia siedziby Kodak w Rochester, to aplikacja, uzyskując lokalizację z mojego iPhone, natychmiast zasypałaby mnie ofertami zniżek w miejscowych hotelach, czy, być może, co jest bardzie prawdopodobne, biorąc pod uwagę trudną sytuację gospodarczą miasta, reklamą agencji pracy. Albo, jak to już robi jego firma macierzysta Facebook, Instagram mógłby wkleić moje zdjęcie do reklamy i wykorzystywać je do promowania produktów i usług wspomnianych w moim poście. I to wszystko bez mojego zezwolenia, a nawet bez zawiadomienia.

„Bezpłatne” okazuje się być wcale nie bezpłatnym

I tu oto odkrywamy najbardziej zatrważającą cechę ekonomii fabryk danych. „Bezpłatne” okazuje się być wcale nie bezpłatnym. Wielkie oszustwo Instagram polega na tym, że wykorzystuje on nasze samolubstwo do osiągniecia swoich tajnych celów ekonomicznych. Instagram tworzy surrealistyczną ekonomię, w której nie tylko tworzymy sieciowy produkt, ale i sami jesteśmy produktem. W ten sposób, rewolucja personalna staje się jeszcze bardzie personalna, niż chciałaby większość z nas. Kluczowa wartość ekonomiczna fabryki danych składa się ze wszystkich tych danych osobowych, które wyciąga ona ze swoich darmowych pracowników. I, niczym w horrorze Hitchcocka, to właśnie my – niewinni świadkowie, zwykli zjadacze chleba – stajemy się ofiarą tego, czego nie jesteśmy w stanie ani zrozumieć, ani opanować.

Biuro Facebook

Od sieci społecznościowych w rodzaju Twitter i Facebook po drugą pod względem wartości firmy na świecie Google – u wszystkich eksploatacja naszej informacji personalnej służy za motor napędowy ekonomii „wielkich danych”. Wszystkie te firmy usiłują zbadać nas jak najgłębiej, żeby później można było nas zapakować i – bez naszej zgody – sprzedać swoim reklamodawcom.

Ethan Zuckerman, dyrektor Centrum Mediów Obywatelskich przy MIT i jeden z wynalazców „wyskakujących okien” z online reklamami, nazywa chciwość do danych osobowych „grzechem pierworodnym” sieci, który zmusza internetowe start-upy, umożliwiające bezpłatne korzystanie ze swoich produktów, coraz głębiej „zanurzać się w śledzenie użytkowników”. „Dziś stało się oczywistym, że to co stworzyliśmy, okazało się kompletną porażką, – napisał Zuckerman o takich jak on sam pionierach internetu. – Dlatego pozwolę sobie przypomnieć, iż pierwotnie chcieliśmy stworzyć coś śmiałego i szlachetnego”.

 „Stajemy się darmowymi billboardami dla Google”

Google wraz z kompletem jego darmowych produktów, takich jak wyszukiwarka Google Search, poczta Gmail, sieć społecznościowa Google+ i hosting wideo YouTube, spośród wszystkich firm wyróżnia się najbardziej wyrafinowanym marketingiem, pozycjonując siebie jako altruistyczną niekomercyjną służbę, a przy tym brutalnie wykorzystując swoich prostodusznych użytkowników. Google już aktywnie integruje nasze posty i fotografie w ogłoszenia reklamowe, które są później wyświetlane miliardom użytkowników dwóch milionów stron objętych jej siecią reklamową. Google, który pierwotnie, tak jak i Facebook, miał dobre intencje, dziś przekształca nas w jaskrawe banery dla swojego reklamowego biznesu. W ten sposób, w ekonomii internetowej jesteśmy nie tylko bezpłatnym produktem, ale już stajemy się także płachtami do rozmieszczenia reklamy Google. Dawniej firmy rekrutowały ludzi, by ci chodzili po ulicach z włożonymi na siebie „kanapkami” – przymocowanymi z przodu i z tyłu tarczami reklamowymi. Teraz wszyscy robimy to za darmo.

Biuro YouTube

Jak przyznał jeszcze w 2007 roku w wywiadzie dla Financial Times ówczesny dyrektor generalny Google Eric Schmidt, Google chce znać nas lepiej, niż znamy samych siebie, po to by podpowiadać nam nie tylko jaką pracą należy się zająć, ale i jak chcemy spędzić swój dzień. „Wiemy, gdzie jesteście. Wiemy, gdzie byliście, – powiedział Schmidt redaktorowi Atlantic Jamesowi Bennetowi we wrześniu 2010 roku – wiemy też mniej więcej o czym myślicie”. I to właśnie to jest prawdziwym powodem, dlaczego w 2014 Google wydał 500 mln dolarów na zakup start-upu DeepMind, zajmującego się opracowaniem technologii sztucznej inteligencji. Ucząc się myśleć jak my i dostając się do naszej świadomości, Google opanuje nas. A opanowując nas – nasze chęci, zamiary, dążenia karierowe i, przede wszystkim, preferencje konsumenckie – Google opanuje sieciową przyszłość.

      04_rob_dougan_clubbed_to_death_kurayamino_mix_myzuka.fm_
Podziel się: