Donald Trump – uczeń Rossa Perota i ich trzecia droga

perot-1992_6

Do polityki nowego prezydenta Trumpa wprowadził pod koniec lat 1990. jego nauczyciel, miliarder Ross Perot. Wówczas Perot miał szansę zostać trzecią siłą, z którą musieli się liczyć demokraci i republikanie – w wyborach prezydenckich 1992 roku zdobył on 19% głosów. Perot opowiadał się za izolacjonizmem i reindustrializacją, przeciwko „zdradzie elit” i biurokracji. Obecny program Trumpa jest niemal w całości zapożyczony od jego nauczyciela.

Warto przypomnieć od czego zaczęła się kariera polityczna Trumpa. A zaczęła się ona od „trzeciej drogi”, do której przyprowadził go miliarder Ross Perot.

Swój pierwszy miliard – a dokładniej – $2,4 mld – Perot zarobił w 1980 roku sprzedając General Motors założoną przez niego hi-tech firmę EDS. 1988 był rokiem początku jego kariery politycznej. Niezależny kandydat Ross Perot w wyborach 1992 roku zdobył łącznie 18,9% głosów wyborców, a w niektórych stanach zajął nawet drugie miejsce.

Exit-polly pokazywały wówczas, że oddane na niego 19,7 mln głosów składały się w 28% z głosów tych, którzy inaczej zagłosowaliby na demokratę Clintona, w 28% z tych, którzy oddaliby swój głos na republikanina Busha. Zaś 44% jego wyborców w ogóle nie poszłoby do lokali wyborczych, gdyby na listach nie było Perota (a to jest 9 mln ludzi). Na Perota głosowali zarówno ci, którzy uważali się za konserwatystów, jak i ci, którzy określali się jako liberałowie, a nawet skrajna lewica. Lecz największy wkład do jego procentów dała niższa klasa średnia.

ap921015028_c0-545-2073-1753_s885x516

Po 24 latach z tej samej metody skorzystał jego uczeń Donald Trump, któremu udało się przyciągnąć na swoją stronę tak zwanych „zagubionych białych wyborców”. Taką nazwę dał im obserwator strony RealClearPolitics Sean Trende: był to elektorat, który w 2012 roku nie zagłosował na republikanina Mitta Romney’a. Mimo, iż popularna wówczas wśród socjologów i politologów opinia głosiła, że Romney niewystarczająco pracował z latynoamerykańskimi, azjatyckimi i afroamerykańskimi wyborcami (co miało zadecydować o jego przegranej), Sean Trend wysunął inną hipotezę. Dowodził on, że słabość Romney’a wynikała z obojętnego stosunku do niego ze strony niezamożnych białych wyborców z niższej klasy średniej (roczny dochód gospodarstw domowych których wynosił $40-45 tys.), czyli właśnie tych „niebieskich kołnierzyków”, którzy w 1992 roku zagłosowali na niezależnego kandydata Rossa Perota.

W 2012 roku Trende przypuścił, że wyborców tych zniechęciło charakterystyczne dla przedstawiciela „klasy wyższej” usposobienie Romney’a, i że gdyby Partii Republikańskiej udało się w jakiś sposób zmotywować tych „zagubionych białych wyborców” do głosowania na swojego kandydata, znacząco zmniejszyłoby to dystans między nimi a Partią Demokratyczną. Sean Trende szacował liczbę „zagubionych białych wyborców” na 6,5 mln ludzi. W 2012 roku Obama wygrał z Romney’em z przewagą 5 mln.

Właśnie tych wyborców 24 lata po Perocie znalazł Donald Trump i właśnie to zadecydowało o jego zwycięstwie.

Co więcej, Trump postanowił nie wymyślać nic nowego również w kwestii układania swojego programu, niemal w całości zapożyczając go od swojego nauczyciela Rossa Perota.

45882

Dmitrij Drobnicki ze świetnej, ale niestety już nieistniejącej strony Terra-Ameryka, opisywał na czym polegała „trzecia droga” Perota:

„Ameryka po raz pierwszy usłyszała o Perocie, kiedy to dwóch pracowników jego firmy EDS dostało się do irańskiego więzienia tuż przed rewolucją islamską w 1979 roku. Perot wysłał po swoich ludzi prywatną ekspedycję ratowniczą, która zabrała ich z więzienia i wywiozła przez Turcję do Stanów.

Wkrótce biznesmen zaczął wypowiadać się na tematy społeczno-polityczne, poważnie zaniepokoił się problemem zaginionych bez wieści we Wietnamie amerykańskich żołnierzy, zajął się pomocą szkołom i zaproponował nawet kilka projektów ustaw. W miarę wciągania się Perota w działalność polityczną, jego stosunek do amerykańskiego systemu politycznego się pogarszał, on ciągle mówił o tym, że USA zaczynają coraz bardziej tracić swoje pozycje, funkcjonują coraz gorzej, poziom życia obywateli się obniża, a politycy nie robią nic, żeby tę sytuację poprawić.

Perot uważał, że elita polityczna USA nie tylko oderwała się od amerykańskiego narodu, w którego imieniu swojego czasu przyjęta została konstytucja, ale i zdradziła Amerykę dbając tylko o własny dobrobyt. System władzy – nalegał miliarder – jest nietransparentny i zepsuty, system dwupartyjny wraz z mechanizmem wyborów prezydenckich blokuje jakąkolwiek możliwość realnej konkurencji politycznej. Perot pisał: „Prezydent winą za wszystko obarcza Kongres, Kongres – prezydenta. Republikanie obarczają demokratów, demokraci – republikanów, a wszyscy razem piętnują biurokrację. Biurokracja też nie pozostaje dłużna”. Później w jednym ze swoich wystąpień publicznych Perot dodał: „A kto stworzył tę biurokrację? Nie widziałem, żeby ją tworzyli Marsjanie”. System polityczny USA wydawał mu się zacofanym i „jak gdyby stworzonym po to, by unikać rozwiązania problemów”.

Ross Perot konsekwentnie wypowiadał się przeciwko północnoamerykańskiej umowie o wolnym handlu (NAFTA), domagał się protekcjonistycznych środków dla amerykańskiego przemysłu i stworzenia sprzyjających warunków dla małego i średniego biznesu. Był to skrajny nacjonalizm gospodarczy połączony z pewnego stopnia izolacjonizmem. Nie była to jeszcze Partia Herbaciana, ale już coś bliskiego o ile nie pod względem przepisów ekonomicznych, to pod względem ogólnego nastroju protestu przeciwko globalistycznemu rozpełzaniu się Ameryki. I tak, Perot domagał się, aby za ochronę wolności i demokracji na świecie płaciły nie tylko USA, ale także ich sojusznicy, ponieważ Stany nie są w stanie robić tego w pojedynkę i nie powinne płacić za pomoc swoim sojusznikom upadkiem własniej gospodarki. W związku z tym Perot proponował zrewidować uczestnictwo kraju w organizacjach międzynarodowych i, jako że zimna wojna się skończyła, obciąć wielokrotnie budżet obronny.

752529

Jednak była to tylko część jego programu ekonomicznego. Drugą jej część stanowił modernizm. Perot domagał się opracowania państwowego programu rozwoju „produkcji przyszłości”, odbudowy przemysłu, mówił o ważnej roli edukacji dla rozwoju kraju i w związku z tym zabiegał o jej dostępność i unowocześnienie. Nawoływał do przekształcenia stosunków między państwem a biznesem w stosunki „intelektualistyczne” i proponował skierować wspólny wysiłek na wsparcie tego, co sprzyja rozwojowi przemysłowemu i zwiększeniu liczby miejsc pracy w kraju.

Kiedy miliarder mówił o poprawieniu sytuacji w gospodarstwach domowych, medycynie, edukacji, chodziło mu o to by – jak sam to ujmował – „mniejszymi środkami osiągnąć więcej”, czyli nalegał na zwiększeniu efektywności pracy urzędników i aparatu państwowego. Każdy z sektorów infrastrukturalnych czy socjalnych rozpatrywał on jako korporację wymagającą managementu kryzysowego.

Ross Perot nie przestawał powtarzać, że takie miasta jak Rzym czy Tokio żyją i kwitną, amerykańskie zaś coraz bardzie popadają w ruinę. Perot widział dwa główne tego powody: błędna polityka gospodarcza prowadząca do zmniejszania liczby miejsc pracy w tych miastach, oraz degradująca kultura społeczności. Generalnie mówił on bardzo dużo o samoorganizacji oddolnej, o tym, że ludzie na miejscu załatwią wszystko lepiej od urzędników. Dlatego Perot wzywał do przywrócenia ludziom poczucia, że to oni „panują nad państwem”, a władza i urzędnicy tylko „pracują na ludzi”.

Bardzo znajome stanowisko zajął Perot w sprawie aborcji i kwestii rasowej. A mianowicie zaproponował „narodowy kompromis aborcyjny” oraz „narodowe zobowiązanie wobec kwestii rasowej”. Perot uważał, że obie te kwestie podzieliły naród. Winą za ten podział obarczał on działaczy systemu dwupartyjnego, którzy w celu utrzymania kontroli nad elektoratem „grają na strachu i podejrzliwości” i przez to w żaden sposób nie sprzyjają jedności narodu”.

W 1995 roku Ross Perot założył „Partię Reform”. Jako przedstawiciel tej partii brał udział w wyborach 1996 roku i uzyskał 8,4% głosów (tego wystarczyło, by zdobyć dla nowej partii finansowanie z budżetu federalnego). Perot obiecywał, że do 2000 roku siła ta stanie się drugą w USA i będzie mogła co najmniej na równi walczyć z republikanami i demokratami, a nawet ich pokonać.

W tym celu Perot zebrał w partii bardzo zróżnicowaną publikę. Głównym elementem łączącym była nienawiść wobec establishmentu związanemu z dwiema głównymi amerykańskimi partiami.

New York billionaire real estate tycoon Donald Trump made an appearance for the media atop a Beverly Hills, Calif., hotel Monday, Dec. 6, 1999. The potential Reform Party presidential candidate is in the Southern California area to address party leaders and to test the political waters. (AP Photo/Chris Pizzello)

„Partia Reform” w 2000 roku przyjęła do swoich szeregów marksistów (Lenora Fulani), libertarianów (gubernator Minnesoty Jesse Ventura), konserwatystów (Donald Trump – właśnie ten rok był początkiem jego kariery politycznej), ultrakonserwatystów (Patrick Buchanan) i nacjonalistów (David Duke). Dążenie frakcji do wysunięcia własnego kandydata doprowadziło do prawdziwej walki pomiędzy Buchananem (wspieranym przez Duke’a) i Trumpem (popierali go Ventura i – uwaga – Fulani). W rezultacie mimo sukcesów pierwszych primaries, Trump i Ventura odeszli z partii. Tłumaczyli to tym, że partia wybrała drogę walki z republikanami i demokratami, tymczasem gdy trzeba walczyć nie przeciwko komuś, tylko o kogoś, w tym przypadku – o szeregowego wyborcę.

Zwycięstwo nad Trumpem stało się dla Buchanana pyrrusowym: w wyborach prezydenckich 2000 roku zdobył on jedynie 449 tys. głosów (0,43%). Buchanan wtedy wciąż jeszcze powtarzał polityczne hasła Perota: główny problem współczesnej Ameryki tkwi w upadku obyczajowej podstawy społeczeństwa, w którym to szkoły przygotowują „małych trutni globalnej ekonomii, a największe korporacje medialne skutecznie niszczą wartości moralne tego wielkiego kraju”.

Po tym co się wydarzyło Buchanan i jego zwolennicy postanowili odejść z Partii Reform. W 2001 roku Patrick Buchanan wrócił do szeregów republikanów, a partia przekształciła się w amorficzną organizację polityczną. I tak, w 2004 roku poparła ona niezależnego kandydata Ralpha Nadera, który zdobył 0,38% głosów. To jednak nie był koniec wstydu: w 2008 roku Partia Reform wysunęła na stanowisko prezydenta USA kandydaturę Teda Weilla, który zdobył… 481 głosów.

610281420

Sztandar „trzeciej siły” po zmierzchu Partii Reform podniosła Partia Herbaciana Rona Paula. W 2010 roku politolodzy Rasmussen i Sean słusznie przywidzieli, że niedługo monopol demokratów i republikanów zostanie przełamany i że kandydat od „trzeciej drogi” zostanie prezydentem najpóźniej w 2020 roku. Co prawda uważali, że tym kandydatem będzie Ron Paul, a nie Donald Trump.

Prognozowali oni, że stare prawicowo-lewicowe sprzeczności z czasem odejdą na drugi plan, że na nowym etapie historycznym dojdzie do „redukcji” do bezpartyjnej polityki w duchu XVIII wieku. Na przykład gospodarka, edukacja i ochrona zdrowia w XX wieku jeszcze mogły być centralnie kierowane przez państwo, ale w XXI wieku znów będą wymagały zarządzania oddolnego. Większe znaczenie w utrzymaniu praworządności powinna także pełnić milicja.

Jednak przedstawiciele Partii Herbacianej nie potrafili wyjść poza ramy swojej ideologii libertariańskiej. Donald Trump przypomniał sobie start swojej kariery w 2000 roku, kiedy to znalazł się w towarzystwie tak różnych ludzi – od marksistów do paleokonserwatystów – i połączył ich najpopularniejsze pomysły, słusznie wyczuwając potrzeby „zagubionych białych wyborców”: konserwatyzm socjalny i dumę z Ameryki.

      Credence-ClearWater-Revival-Bad-Moon-on-the-Rising

 

Podziel się: