Dlaczego Fenicjanie nie mają historii?

U podstaw historii naszej cywilizacji leżą tworzące jej fundament historie poszczególnych ludów i regionów. Są to Rzymianie, starożytni Grecy, Żydzi, starożytni Egipcjanie, czy mieszkańcy Międzyrzecza – Sumerowie, Akadyjczycy i inni. Jednak istnieje lud, którego wkład do historii porównywalny jest do greckiego, ale o którym w zasadzie prawie niczego nie wiemy. Są to Fenicjanie.

Ten niewielki lud zamieszkujący w okresie 2-4 tysiące lat p. n. e. obszary współczesnego Libanu i przybrzeżnych prowincji Syrii, skutecznie skolonizował w I tysiącleciu przed naszą erą połowę wybrzeża Morza Śródziemnego (Północna Afryka, półwysep Iberyjski, Sycylia), żeglarze feniccy wypływali poza Słupy Heraklesa (Cieśninę Gibraltarską) i docierali do wysp Kanaryjskich i zatoki Gwinejskiej, a nawet odbyli podróż dookoła całej Afryki.

Lud odważnych żeglarzy i dzielnych kolonizatorów i handlarzy zasłynął także ze swoich wynalazków. M.in. to właśnie Fenicjanie wynaleźli purpurowy barwnik i zaczęli farbować tkaniny, a także udoskonalili zapożyczoną z Egiptu technologię produkcji szkła, zaczynając go wydmuchiwać. Zmęczeni prowadzeniem księgowości w akadyjskim piśmie klinowym, potomkowie Semitów i „ludów morza” wynaleźli pierwsze linearne pismo alfabetyczne, którego zasady zostały później przyjęte przez wszystkie ludy indoeuropejskie.

Uwzględniając to wszystko, wydawać by się mogło, że powinniśmy mieć całą masę fenickich źródeł, które pozwoliłyby rzucić światło na historię tego niezwykłego ludu. Ale zamiast tego mamy jedynie stertę fragmentarycznych i często negatywnych wzmianek w Biblii, w greckich i rzymskich źródłach. Na przykład, Fenicjan oskarżano o okrucieństwo i składanie ofiar z ludzi. Podkreślenie tego jest całkiem zrozumiałe: Fenicjanie byli najgorszymi wrogami najpierw Greków, z którymi rywalizowali o panowanie nad Sycylią, Sardynią, Cyprem i wschodnią częścią Morza Śródziemnego, a później także Rzymian. Fenicka kolonia Kartagina rozrosła się na tyle, że Rzym musiał stoczyć przeciwko niej trzy wojny Punickie w III – II w. przed naszą erą. W zemście za to Kartagina została zniszczona, a wszystkie jej źródła zniknęły. Jak pisze historyk A. Wołkow, „Fenicjan przed sądem historii reprezentują jedynie ich przeciwnicy, a nawet wrogowie – Egipcjanie, Asyryjczycy, Żydzi, Grecy, Rzymianie”.

Mapa greckiej i fenickiej kolonizacji Morza Śródziemnego

Pojedyncze, lakoniczne i małoznaczące fenickie źródła pisemne z reguły w postaci inskrypcji zachodnio-fenickiego pochodzenia (kartagińskiego) można prześledzić do początku naszej ery, a następnie język fenicki zanika. Przy czym na łacinę przechodzą najpierw w Lewancie, gdzie Fenicjanie mieli w posiadaniu takie miasta jak Tyr, Sydon, Jaffa, Hajfa, Bejrut, Byblos, Akka i inne. Dziś uważa się, że bezpośrednie potomkowie Fenicjan zamieszkują Tunezję, Syrię, Liban i Maltę.

Nad tym, że sytuacja z Fenicjanami nie jest do końca normalna, w dobie Renesansu w Europie zastanawiało się wielu. Wśród niektórych historyków i filologów pojawiła się pokusa by dać temu zapomnianemu wielkiemu ludowi szansę wyjść z mroków wiekowej niepamięci, choćby za pomocą pewnej gry umysłu. Zwłaszcza, że istniały podstawy do takiej gry. Znany XIX-wiecznym historykom pisarz hellenistyczny Filon z Byblos, powołując się na fenickiego historyka Sanchuniatona wspominał o kamieniu, który spadł z nieba i którego rzekomo znalazła Astarte i poświęciła go świątyni w Tyrze: „Przemierzając wszechświat znalazła ona gwiazdę, która spadła z nieba, i, podniósłszy ją, oświęciła w Tyrze, na świętej wyspie”. Poza tym o Sanchuniatonie wspominał uważany za autentycznego pisarz kościelny Euzebiusz, który mieszkał w IV wieku n. e. w Cezarei Palestyńskiej.

Dlatego też, kiedy w 1836 roku teolog niemiecki Friedrich Wagenfeld (1810-1846) na podstawie rzekomo znalezionego rękopisu Filona niespodziewanie dla wszystkich opublikował „Historię Sanchuniatona”, została ona cieple przyjęta w społeczeństwie i środowiskach naukowych Europy. Jak podaje A. Wołkow:

Zainteresowanie odkryciem Wagenfelda było tak duże, że zaczęto o nim mówić w prasie. Przez pewien czas starożytni Fenicjanie pociągali ludzi równie mocno, co w drugiej połowie XX wieku kosmici. Oddźwiękami tej mody są romans Gustawa Flauberta „Salambo” (1862), poświęcony fenickiej Kartaginie („Wschodnia bajka nawiewa na mnie podmuchami, owiewając poszerzającym duszę nikłym aromatem” – przyznawał się Flaubert) oraz powieść niemieckiego prozaika Wilhelma Raabe „Abu Telfan” (1867), którego bohater za zamkniętymi drzwiami ukradkiem wertuje „księgę tajemnic” – dzieła Sanchuniatona.

W swoim opracowaniu Wagenfeld przedstawił historię Fenicji od wojny trojańskiej do początku naszej ery. Jak na ówczesne standardy Wagenfeld nie zrobił nic karygodnego. Oficjalna legenda odnalezienia przez niego rękopisu była typowa: on go odkrył w „odległym portugalskim klasztorze”. Dla XVIII-XIX wieku był to standard: liczni polscy, francuscy, niemieccy, rosyjscy, angielscy, szwedzcy i inni historycy zupełnym przypadkiem odkrywali w „odległych klasztorach” (północnych, południowych, wschodnich i tak dalej aż do „archiwów bibliotekarskich”) coraz to nowe kroniki, dziejopisy, statuty, roczniki, kolekcje dokumentów itp.

Na przykład, w Rosji słynny historyk i archeograf Konstantin Kałajdowicz w latach 1815-1818 znalazł w klasztorach od razu cały zestaw wyjątkowo wartościowych pomników literatury staroruskiej: rękopis Kirszy Daniłowa „Wiersze staroruskie”, Sudiebnik Iwana III, oraz słynny „Izbornik Światosława” z 1073 roku. Bez cienia wątpliwości są to jak najbardziej autentyczne i prawdziwe pamiętniki literatury staroruskiej. Swoich odkryć dzielny Kałajdowicz dokonał w ostrej konkurencji, będąc oficjalnie uznanym za wariata i odbywając „kurację” w jednym z klasztorów.

Trylit w Baalbeku (Liban). Jeden z 800-tonowych monolitów, które zostały użyte do budowy „świątyni Jowisza”.

W Szwecji w tym samym okresie wspaniały wydawca i historyk Johan Gustaf Liljegren (1791-1837) od 1829 roku zaczął publikować szczęśliwie odnalezione (w „północnych klasztorach i bibliotekach”) dokumenty datowane nawet na 817 rok naszej ery. Liljegren, który popełnił samobójstwo (poprzez utopienie się) przed 1837 rokiem zdążył wydać jedynie dwa tomy. Mimo to jego mega kolekcję autentycznych źródeł liczbą ponad 400 tysięcy – Diplomatarium Suecanum – szwedzcy historycy publikują do dziś i dotarli już do połowy XVI wieku. Dalszym posunięciom przeszkadzają ciągle pojawiające się znaleziska starożytnych i ciekawych dokumentów Królestwa Szwecji. Co prawda, za co należy zwrócić Szwedom honor – ponad 50 kart i innych dokumentów uznali oni jednak za niewystarczająco autentyczne.

Przykłady takiego szczęśliwego odnalezienia bezwzględnie autentycznych źródeł w Europie i nie tylko można przytaczać setkami. W dużej mierze to one leżą u podstaw naszej historii za którą na śmierć i życie walczą i będą walczyć liczni narodowcy i „państwowcy”. Jednak w przypadku Wagenfelda coś poszło nie tak. Albo on się nie dogadał z konkurencją, albo, jak uważają niektórzy zwolennicy teorii spiskowych, podjęta została „decyzja polityczna”. Choć początkowo, powtarzam, pod względem technicznym pomysł wykonany został wręcz perfekcyjnie.

Wydawcom Wagenfeld opowiadał o toczących się skomplikowanych „wielotomowych” rozmowach z zakonnikami, zaś dla publikacji wybrał renomowane wydawnictwo z Hanoweru. Młody teolog i filolog wiedział, że publikuje się tam jeden z czołowych niemieckich badaczy starożytności Georg Friedrich Grotefend. Co więcej, Grotefend z przyjemnością napisał dla opracowania wprowadzenie i ułożył tabelę przedstawiającą rządy władców fenickich. Później Wagenfeld wydał także grecką i łacińską wersję swojego dzieła (a dokładniej tłumaczenia Filona). Na tym nasz wspaniały naukowiec doskonale znający grekę i łacinę nie poprzestał i opublikował nawet swoją korespondencję po łacinie z portugalskim pośrednikiem Pereirą. W tym również nie było nic dziwnego, gdyż w XVIII-XIX wieku łacina wciąż pozostawała popularnym językiem roboczym w środowisku naukowym.

Fragment mozaiki rzymskiej z I wieku naszej ery z izraelskiego Lod. Przedstawiony jest najprawdopodobniej statek fenicki.

Problem powstał ze strony syna historyka Grotenfenda – doktora Karla Ludwiga Grotenfenda, który w korespondencji z jednym z portugalskich kolegów odkrył przez przypadek, że żadnego klasztoru, o którym mówił Wagenfeld w Portugalii nie ma. Karl Ludwig pofatygował się nawet przeprowadzić analizę chemiczną oryginałów listów Wagenfelda i Pereiry. Okazało się, że listy zarówno pierwszego jak i drugiego napisane zostały na papierze produkcji niemieckiej. Wszystkie swoje wątpliwości Karl Ludwig wymienił w niewielkiej broszurze, którą wydano akurat w chwili publikacji drugiego tomu „tłumaczeń Filona”. Sprawą tą zainteresowali się niemieccy filolodzy, historycy i teolodzy Franz Karl Movers i Karl Otto Muller, którzy opublikowali miażdżące recenzje. W nich dzieło Wagenfelda nazwane zostało fałszywką, choć też bardzo starannie wykonaną, zaś sam Wagenfeld dostał zarówno miano oszusta, jak i pochwałę za wspaniałą znajomość starożytnych języków. W rezultacie afery został on zmuszony do wykupienia całego nakładu swoich książek, a później utalentowany filolog zaczął pić i najzwyczajniej w świecie zszedł na psy.

W ten sposób z powodu karygodnego niedbalstwa Friedricha Wagenfelda świat wciąż się nie doczekał poważnej, akademickiej historii Fenicji wraz z całą otoczką: tabelami rządów władców, kronikami rządów, listami dokonań i niezbędnymi dokumentami. Podwójnie szkoda, bo przecież nikt z historyków nie podważa faktu istnienia Sanchuniatona, a skrawki powołujących się na niego źródeł uważane są za całkiem autentyczne. Zresztą w świetle ostatnich wydarzeń na Bliskim Wschodzie, gdzie linia frontu przebiega kilkadziesiąt kilometrów od starożytnego i unikalnego Ugaritu, nadziei na uzyskanie prawdziwej historii Fenicji staje się coraz mniej. Obecnie badacze uważają, że Ugarit, w którym odkryto spory zasób źródeł pisanych, jest bardzo bliski do starożytnej cywilizacji Kanaana i przez to przynajmniej kulturowo spokrewniony z fenickimi polis.

via

      emJohnem-emWilliamsem-Binary-Sunset-Star-Wars-OST
Podziel się: